środa, 8 lutego 2012

Notatki z Konferencji 17.03.2006 (pierwszej)

17.03.2006, Warszawa

Weszliśmy w czas Wielkiego Postu, czas Paschalny, kiedy mamy rozważać Mękę Pana Jezusa i Jego Ofiarę za nas. Mamy więc wyraźnie zobaczyć swój grzech, aby się nawracać. Jeśli nie ma zobaczenia swojej winy – nie ma skruchy.
W jaki sposób poznajemy swój grzech?

Pan Bóg zwraca naszą uwagę (w czytaniu z Księgi Izajasza w pierwszy piątek Wielkiego Postu) na nasz stosunek do bliźnich, na naszą relację do drugiego człowieka. To jest ta sfera naszego życia, w której chyba najczęściej upadamy i najwyraziściej możemy zobaczyć swój grzech.

Św. Tereska w „Radach i Wspomnieniach” daje pogłębiony wykład tych słów Boga – troska o duszę człowieka: „Wszędzie są biedni: dusze słabe i zgnębione. Bierz ich ciężary... wypuść je wolno... Kiedy mówi się wobec ciebie o błędach sióstr, nigdy nie dorzucaj nic od siebie...”
Chodzi o akty miłości bliźniego – bardzo proste, codzienne, których najczęściej nie podejmujemy. Nie zdajemy siebie sprawy z wagi tych uczynków. Upadamy na tym odcinku, ale czy widzimy tu swoją winę? Czy rodzi się w nas skrucha z powodu swoich grzechów?

Z posługą bliźniemu wiąże się łaska ożywienia naszej duszy: nowe siły, które wstępują w twoje serce. Twoje uczynki jednak powinny pozostać w ukryciu. Jeżeli uważamy, że jest pusto, ciemno, czujemy się zagubieni, to wyjściem na to są akty miłości bliźniego, a wtedy posiądziesz pokój i radość.

Pan Bóg nie nakłada na nas obowiązku zajmowania się sobą samym, ale mamy biec, by służyć Matce Bożej w bliźnich. To będzie nas uwalniać od adoracji siebie, która nas niszczy.

Trudno jest kochać bliźniego. Każdy z nas jest inny. Jest całe bogactwo mojej nędzy do zaakceptowania, do kochania, dlatego prawdziwa miłość wiąże się z krzyżem, wymaga ofiary, kosztuje. Łudzimy się i utożsamiamy tę miłość z dobrym samopoczuciem, zadowoleniem, poczuciem przyjemności, tymczasem miłość bardzo kosztuje.

Ks. F. Blachnicki mówił o trzech krzyżach, które nas oczyszczają - naszą egoistyczną miłość:
- Krzyż niewdzięczności – oczekiwanie wzajemności, zrozumienia, docenienia wysiłku, a Jezus jest tą Miłością wzgardzoną. My żądamy, by odpowiadano na nasze odruchy miłości od razu, natychmiast; żądamy wdzięczności od innych, ale czy sami jesteśmy Bogu wdzięczni za Jego miłość; za to, co dla nas uczynił?

- Krzyż niewiedzy – chcemy wiedzieć o bliźnim wszystko, zagarnąć go dla siebie, ale dusza ludzka jest tajemnicą. Nie wiemy często, co bliźni myśli o nas, nie wiemy, jaki jest skutek naszych modlitw w intencji tego bliźniego. Mamy uszanować tajemnicę, którą jest ten drugi człowiek.

- Krzyż niemocy – doświadczenia niemocy dania bliźniemu prawdziwego dobra, wpłynięcia na niego, skierowania go na właściwe tory, ku Bogu. To doświadczenie bliskie rodzicom, wychowawcom, kierownikom duchowym. To jest dobre doświadczenie tej niemożności dobrego wpływu na drugiego człowieka, zmiany sposobu jego myślenia, działania, ale wtedy kształtuje się w nas cnota pokory. Wtedy możliwe jest to uniżenie, aby działał sam Bóg, który może przemienić ludzkie serca. Ja nie mam tej mocy, to jest poza zasięgiem moich możliwości. Wtedy możemy mniej ufać sobie, mniej wierzyć w siebie, a bardziej zaufać Panu Bogu.

W tym czasie Wielkiego Postu możemy wyraźniej poznawać swoją nędzę i grzech także w kontakcie z bliźnimi i odnosić to do Najświętszej Ofiary. Miłość Chrystusa przynagla nas. AMEN

poniedziałek, 6 lutego 2012

Notatki z homilii 17.03.2006

17.03.2006, Warszawa

Historia Józefa, który zostaje sprzedany przez braci i wywieziony do Egiptu. Widzimy dwóch braci spośród jedenastu, którzy w jakiś sposób próbują interweniować. Możemy ulec przekonaniu, że ci dwaj braci byli dobrzy, a tamci pozostali źli; ci chcieli pomóc, a tamci chcieli zabić. Ale jeśli przyjrzymy się uważniej, np. początkowi Księgi Rodzaju, to widzimy, że tak naprawdę niewiadomo. Może Juda też chciał zabić swojego brata? Nie wiemy, co do końca działo się w nich. Okazuje się, że wszyscy bracia nienawidzili Józefa.

Chodzi o to, by w historii Józefa widzieć działanie Boga. Kryje się tu sam Bóg, który działa w swojej Opatrzności. Tak jednak możemy mówić patrząc oczami wiary i oczami wiary mamy patrzeć także na własne życie.

W wydarzeniach naszego życia ukryty jest Pan Bóg. W miarę jak otwieramy się na łaskę wzrasta wiara i zaczynam dostrzegać działającego Boga, nawet w wydarzeniach, które są trudne.

Po latach Józef dopiero zobaczy, do czego Pan Bóg prowadził, że w ten sposób uratował naród Izraelski od zagłady. To był cel działania Pana Boga.

Historia Józefa wyraźnie pokazuje, że Bóg może wyciągnąć dobro z trudnych wydarzeń i doświadczeń. Jest obecny w naszym życiu, pomaga nam i ciągle się o nas troszczy.
Amen

sobota, 4 lutego 2012

Notatki z Konferencji 10.03.2006 (drugiej)

10.03.2006, Warszawa

Układanie klocków domina wszystkich nas dotyczy. Dominem są sprawy naszego życia. Chcemy je odpowiednio ułożyć. Jedni układają jedną kostkę, inni biorą więcej: dwie, trzy.

Każdy z nas myśli: poukładam sobie, to nie jest takie trudne. Wystarczy trochę skupienia, wysiłku, dobrej woli ... i układamy kostki. Nasze spotkania tutaj, to spotkania Anonimowych Układaczy ( tak jak AA - nasza sytuacja jest podobna do tej, anonimowych alkoholików).

Wielki Post to czas zawodów AU. Układamy więc nasze klocki duchowe: będę odprawiał medytacje; nie będę się spóźniał; zadzwonię do kierownika duchowego ... . Każdy z nas ma własne domino.

Sytuacja anonimowego alkoholika, który włożył wiele wysiłku aby nie pić. Korzystał z terapeutów, specjalistów. I wszystko to pomogło tylko na pewien czas. Gdy poczuł się pewny, gdy odniósł sukces, gdy miał satysfakcję, że już nie pije pół roku - i wszystko legło w gruzach.

Ile rzeczy muszę jeszcze poukładać w moim życiu duchowym? Tych klocków jest tak dużo. Gdyby Pan Bóg pokazał nam rozmiar tego niepoukładania to musielibyśmy się przerazić.
Co zrobić?

Zobaczyć dysproporcję. Chcesz ułożyć kilka klocków a jest ich miliony - chodzi o całą przestrzeń ducha, gdzie jest wiele poziomów powiązań; gdzie twoje klocki spotykają się z klockami innych.

Innym poziomem układania jest, gdy nic nie robię. Nasza natura chce budować skutecznie, owocnie. Nie jestem skłonny do podejmowania pracy z góry skazanej na przegraną. Więc niektórzy nie budują wcale.

Najważniejszą rzeczą, która musimy zrobić - to przyznać się, że trzeba budować, choć wiele prób było nieudanych. Jeśli chcesz, aby wszystko zostało poukładane tak jak Bóg tego chce, to musisz uwierzyć, że tylko On może tego dokonać.
Te kilka klocków, które poukładaliśmy - jest prawdziwą przeszkodą.

Największą przeszkoda w życiu duchowym nie jest to, co robimy źle ale to co robimy dobrze, co jest w naszym życiu poukładane. Przeszkoda w nawróceniu faryzeusza było jego przekonanie, że wszystko robi dobrze lub prawie dobrze.

Każdy ma taka sferę, w której uważa że jest dobry. Moja psychika bez tego nie może funkcjonować. Każda taka sfera jest przeszkodą w postawie bezradności.

W Wielkim Poście starajmy się więc odkryć to, w czym jesteśmy dobrzy - abyśmy mogli powiedzieć, że to nie ja, że w tym co sobie poukładałem też jestem bezradny. Jeśli się do tego nie przyznam, to tak jak alkoholik - znowu upadnę. Pan Bóg w swoim miłosierdziu dopuści do tego.
Całe życie będziemy odkrywać nasz sprzeciw na naszą nędzę, na duchowość Ruchu - nie bójmy się tego!

środa, 1 lutego 2012

Notatki z Konferencji 10.03.2006 (pierwszej)

10.03.2006, Warszawa

Rozpoczęliśmy okres Wielkiego Postu. Jest to czas w którym możemy szczególnie kontemplować miłość Pana Jezusa do nas. Uprzywilejowanym momentem jest Eucharystia. Miłość Pana Jezusa objawia się w tym, że On oddaje za nas swoje życie. Gdyby było w nas więcej wiary, to w tym wydarzeniu widzielibyśmy akt miłości. Stawalibyśmy pod krzyżem Pana Jezusa. Gdyby było w nas więcej wiary, to widzielibyśmy, jak marna jest nasza odpowiedź na tę miłość.
Najczęściej pozostajemy obojętni, nie jesteśmy wstrząśnięci brakiem naszej odpowiedzi na miłość Pana Jezusa.

Co nam przeszkadza kontemplować miłość Pana Jezusa w taki sposób? Myślenie na sposób ludzki, liczenie na siebie - podobnie jak św. Piotr: "Panie, nie przyjdzie to na Ciebie." Pan Jezus odpowiedział: "Zejdź mi z oczu szatanie."

Różne potrzeby naszego ciała, zaspakajanie naszych pragnień, niewiara w to, że wszystko zależy od Pana Boga - to w nas zwycięża i jest przeszkodą w zobaczeniu ogromu miłości Pana Jezusa.
Wydaje nam się, że idziemy za Panem Jezusem, że mamy dobre zamiary a doświadczenie naszego życia pokazuje, że znajdujemy się na drugim biegunie (podobnie jak święty Piotr) - nie przy Jezusie ale przy szatanie.

Pan Bóg może nam to pokazać przez drugiego człowieka, który odsłoni trochę prawdy o nas. Poprzez upokorzenie Pan Bóg może nam pokazać, że liczymy na siebie, że nie ma pierwszeństwa miłości Pana Boga w naszym życiu. Trudno jest nam to wtedy uznać, że jesteśmy wrogami Pana Jezusa. Gdybyśmy się przyznali to podobnie jak św. Piotr moglibyśmy doznać wstrząsu i odkryć, jak bardzo Pan Jezus mnie kocha.

Pan Jezus nas zaprasza do zobaczenia braku odpowiedzi z naszej strony. Jeżeli zobaczymy, że jesteśmy obojętni, i jeżeli w to uwierzymy, to nasze życie może stopniowo się zmieniać. Możemy odkrywać, jacy jesteśmy kochani i jaka jest miłość Pana Jezusa do tych, którzy Go ciągle zdradzają.

Zamiast się usprawiedliwiać, racjonalizować - moglibyśmy kontemplować miłość Pana Jezusa do nas takich. Ale niestety nie ma w nas takiej wiary. Nie chcemy liczyć na Jego łaskę - tylko na siebie i nasze poczucie sprawiedliwości. Pan Jezus kocha nas nawet wtedy, gdy nie chcemy liczyć na Niego. Co więcej - daje nam Matkę Bożą, aby Ona za nas uznawała naszą grzeszność; że jesteśmy zdrajcami. Jest w nas głęboki sprzeciw na tę prawdę. Tylko czy chcemy Ją o to prosić?
Koniecznym minimum jest uznać, że nie chcemy żyć w ciągłej zależności od Pana Boga, że nie potrafimy uznać swojej obojętności - dlatego Matka Boża jest nam koniecznie potrzebna.

Prośmy, aby Matka Boża codziennie stawała za nas pod krzyżem Pana Jezusa - w każdej Eucharystii.

niedziela, 29 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 10.02.2006 (drugiej)

10.02.2006, Warszawa

Celem naszego życia jest bardzo wiele tronów, cały ich zestaw. Chcemy uporządkować wszystko, co nas otacza, całą rzeczywistość, zapominając, że to Pan Bóg o wszystkim decyduje, a nie my. Zapominamy, że postać tego świata przemija. I zaczynamy z tego, co przemija, budować swój tron, czyli wszystko, co ma budować nasze znaczenie. To, co przemija chcielibyśmy uczynić czymś nieprzemijającym, jakoś nad tym zapanować.

Każda zmiana sytuacji, w której żyjemy, w której jesteśmy postawieni, wytrąca nas z równowagi - stajemy się niepewni, niespokojni. Często jesteśmy zaskakiwani i będziemy, dopóki nasze serce nie odnajdzie się w Bogu, Jego miłości; dopóki nie zobaczymy, że Pan Bóg nas kocha jako ludzi ułomnych, małoznaczących; tych, którzy nie mają czym się szczycić, na czym budować swojej wartości; tych, którzy mają swoje trony i „coś znaczą”. Wydaje nam się, że siedzimy na tronie, a siedzimy na tym, co przemija.

Pan Bóg kocha nas jako tych, którzy nie mają wartości, choć nam się wydaje, że mamy, i zaprasza nas, abyśmy schodzili z tych tronów. Powinniśmy wykorzystywać wszystko, co nam pokazuje, aby schodzić z tych tronów, by widzieć, że przemija postać tego świata, że moje trony są złudzeniem, że skończy się czas każdego mojego tronu. Jeśli będziemy coraz mniejsi – będziemy schodzili z tych tronów poprzez uniżenie.

Jeżeli wybieramy ten świat, karierę, zabezpieczenia materialne, wtedy Pan Bóg staje się środkiem do tego celu. Nie wierzymy, że Pan Bóg nas kocha jako tych, którzy nic nie mają; którzy są słabi i mizerni. Jeśli myślimy inaczej, to siedzimy na tronie, który przeszkadza nam w zjednoczeniu z Bogiem. Dlatego musimy odkryć choć część tej prawdy, by zobaczyć jakiego Pan Bóg mnie kocha. I dlatego tracimy trochę swoje trony; dlatego Pan Bóg zabiera nam jakieś rzeczy, abyśmy uchwycili się Jego miłości.

Dobrze jest wykorzystywać różne nasze niepowodzenia, porażki, bo mamy dowody, że Pan Bóg troszczy się o mnie i chce, abym uchwycił się Jego miłości. To, że jestem marnym chrześcijaninem, pracownikiem nie jest problemem w moim życiu. Niewiara w miłość Boga – to jest najważniejszy problem. Więc nie oczekujmy od siebie i swoich bliskich jakiś wielkich osiągnięć. Często walczymy w ten sposób z prawdą o nas, z miłością Pana Boga do nas jako tych słabych i marnych.

Walka o znaczenie nas zniewala, ogranicza, paraliżuje. Staramy się wmówić sobie i innym, że muszę być kimś. Dobrze więc, że doświadczamy różnych zawodów w tym, co robimy; że nasze oczekiwania się nie spełniają, bo w ten sposób Pan Bóg pokazuje, abym przestał kochać trony i uczepił się miłości Pana Boga. Mogę poznać wtedy miłość Boga jako do tych, którzy są słabi, którzy zawodzą, którym się nie udaje.

Pan Bóg uniża się przed nami, abyśmy tę prawdę uznali. Uniża się przed nami w Eucharystii, gdzie jest pozbawiony mocy.

Powinniśmy uznawać, że trudno jest nam przyjąć miłość Pana Boga do nas jako tych słabych i marnych; że ciągle chcemy sami sobie poradzić i przez to Go odrzucamy. Przez to pragnienie znaczenia, nabierania wartości – odrzucamy Pana Boga.

Pan Jezus zaprasza nas do uczepienia się Jego miłości. W Nim możemy odnaleźć sens naszego życia.

Amen

sobota, 28 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 10.02.2006 (pierwszej)

10.02.2006, Warszawa
Mamy wiele dowodów, że Bóg jest bezinteresowny w swojej miłości do nas. Dowodem tej miłości jest to, że mogliśmy przeżyć Eucharystię, adorację; że mogliśmy tu przyjechać. Przecież żadna z tych rzeczy nam się nie należy, a przecież jest to żywe przyjście Boga do nas. Nie zasłużyliśmy sobie na to niczym. Bóg nas obdarzył swoją obecnością, bo trudno znaleźć choć jedną rzecz, którą sobie zasłużyliśmy na udział w Eucharystii. Nie znajdziemy takiej rzeczy, która mogłaby przyciągnąć Boga do nas.

Nasze przyjście do tej świątyni zostało poprzedzone łaską Boga. Każdy z nas został działaniem Boga uprzedzony: otrzymaliśmy łaskę skutecznego dotarcia, przełamania oporów i pokus, by On mógł nas obdarzyć swoją Miłością. Być może Pan Bóg pracował nad tym cały dzisiejszy dzień, może tydzień, byśmy tych łask nie odrzucili.
Wiele wydarzeń mogło pomóc nam wybrać to spotkanie; może kierownik duchowy oszczędził nas, nie powiedział całej prawdy, którą zobaczył, bo nie bylibyśmy w stanie przyjąć i nie zbuntowaliśmy się; może mieliśmy chwilę czasu, by nad sobą się poużalać. Ileś bodźców, które zbudowały w nas dobry nastrój, zadowolenie, przyjemność oraz to wszystko, z czego zbudowaliśmy sobie małe i wielkie trony – panowania, które sprawiły, że żyje nam się przyjemniej, które pozwoliły nie zniechęcić się nam całkowicie i popaść w całkowitą oziębłość. To mogły być małe „sukcesy”, których nie zauważyliśmy, a które pocieszyły nas, np. ugotowany obiad, sprzątanie itd. To, że Bóg pozwolił zbudować nam te trony może pomogło nam wybrać to spotkanie, bo przecież nasze motywacje przyjścia tutaj nie są najgłębsze. Rzadko kto przychodzi tu po to, by tracić, wyjść uboższym niż się przyszło, wyjść prawdziwie ubogim w duchu.

Pan Bóg pozwala często na to budowanie naszych tronów, wielkości, przez które jesteśmy w stanie zgodzić się, aby wejść z Panem Bogiem w jakiś układ. Niektóre z nich dotknął, co może spowodowało trochę głodu Boga; niektóre pozostawił nietknięte i w ten sposób zachęca nas do spotkania ze Sobą. Wie, że inaczej nie przyjdziemy, że nie ma w nas czystej motywacji, więc aby się móc udzielić, dać nam trochę Siebie, musi się uniżyć, pozwolić, aby Siebie zdetronizować.

Każda radość psychiczna, każda wygrana, jeśli nie jest objęta wdzięcznością i skruchą, jest detronizacją Boga. I On się na to zgadza, aby nam pobłogosławić, obdarzyć nas łaską Eucharystii. Wie, że może mówić do nas tylko wtedy, gdy siedzimy na jakiś tronach i pozwala się zepchnąć. Bóg mówi z pozycji uniżenia, tak bardzo nas pragnie i tak bardzo o nas walczy.

Tam, gdzie wiele rozlewa się grzechu (każda uzurpacja władzy jest złem), w tym miejscu rozlewa się łaska, by nas ratować. Tron jest pociechą, przyjemnością, ale rekompensacja straty pozwala zachować resztki poczucia własnej wartości; jest osłoną zranień i ukrywa nasze lęki przed odrzuceniem, dlatego będziemy go bronić do ostatka, bo psychika lęka się utraty.

Człowiek jest sam dla siebie mistrzem w uzasadnianiu swojego siedzenia na tronie. Sytuacja Pana Boga wydaje się jeszcze trudniejsza - bo tu, gdzie Bóg jest najbardziej potrzebny, bo człowiek sam jest zalękniony – spotka największy opór w naszym życiu, bo nie będziemy chcieli się odkryć. I Bóg będzie tu okłamywany; rodzi się kłamstwo, że bardziej potrzebuję tych tronów niż Jego.

Pragniemy dobrych relacji bardziej niż Jego: „bardziej potrzebuję tego wszystkiego: tronu, panowania, niż Ciebie”. Pan Jezus pozostaje jednak w uniżeniu do końca i będzie czekał do końca.

Trzeba skorzystać z uniżenia Maryi. Dzięki Jej uniżeniu możemy spotkać się z Panem Jezusem. Tylko dzięki Niej, że Ona w nas będzie uniżona, możemy przyjąć to, co Chrystus chce nam dać przez swoją obecność. Uniżenie Chrystusa jest dla nas ratunkiem i faktem pośród naszego życia.
Amen

piątek, 27 stycznia 2012

Notatki z homilii 10.02.2006

10.02.2006, Warszawa

To czytanie z Ewangelii św. Marka używamy, gdy mówimy o uzdrowieniach. Myślimy tu o takim stanie człowieka wierzącego, który modli się często: Msza św., medytacja - i byłby w wyniku tych modlitw człowiekiem, który jest otwarty.
Ten obraz – bardzo sugestywny, bo to wielkie szczęście odzyskać słuch i mowę, zyskać dostęp do świata i komunikacji, to zupełnie niezwykłe... - Ten stan jest obrazem nas i doskonale ukazuje, na czym polega życie oparte na sobie i życie oparte na Bogu.

Ten obraz głuchego i niemego jest obrazem człowieka, który wierzy w siebie i wierzy, że sam będąc otwarty na pouczenia Boga, odpowie doskonale na Jego Miłość. To klasyczna postawa człowieka nawracającego się, który uważa, że wysiłek ascetyczny doprowadzi go do spotkania z Bogiem. Akcent jego życia pada na „ja”. Ten człowiek jest faktycznie zamknięty na Boga. Każdy z nas może odnaleźć się w tej postawie.

Człowiek, który jest otwarty, to człowiek, który odkrył i uznał swoją zależność od Boga. Otwarcie polega na doświadczeniu, przekonaniu i konieczności, że Bóg jest mi ciągle niezbędny, ciągle. Taki człowiek będzie zależny od Boga nawet w szarym codziennym dniu. Otwartość będzie dawać dostęp Bogu ciągle. To człowiek, który zaczyna lub prowadzi życie wewnętrzne; który nie ma złudzeń, że jest doskonały albo, że sam o własnych siłach może posiąść Boga. Odkrywając prawdę o sobie widzi, że wszystko jest darem Boga.

Widzimy, że świadkowie uzdrowienia głuchoniemego od razu rozgłaszają to, co widzieli, mimo że Jezus miał prośbę. Jest to typowa postawa człowieka obdarzonego łaską: jeśli Bóg obdarzył mnie cudem, to czy mogę o tym nie mówić? Ale czy mogę powiedzieć wbrew Jego woli?
Bogu nie chodzi o pojedynczy cud przemiany, ale o całe pasmo przemian. Czy ja sam pragnę takiego otwarcia? Przecież ono kompletnie zmieni moje życie...

Bóg, który wkracza codziennie w moje życie, ukazuje, że moje spojrzenie jest ograniczone, że widzę tylko część prawdy, że moje dotychczasowe wybory i decyzje były ułomne, a może błędne, choć oczywiście opierałem je o obecny stan mojego umysłu, postępowałem zgodnie z sumieniem i zgodnie z nim rozeznawałem; ale widzimy, że to był wybór marny.
Czy chcę zgodzić się na takie przyjście Boga? Mogę zobaczyć jutro ułomność swoich dzisiejszych decyzji, ich ograniczoność. Czy pragnę być otwarty?

I czytanie: wyrok na Salomona. Każda z trzech ukazanych nam osób: Salomon, Dawid i Saul w pewnym momencie się gubią. Każdy z nich ma zadatki na króla doskonałego i nagle każdy z nich zaczyna się gubić- widzimy jak sprzeniewierzył się Bogu, czy to Saul, Dawid czy Salomon. Każdy z nich ma okres znakomity, jest wierny Bogu i jest przykładem króla doskonałego i każdy z nich zawodzi.

Panowanie, które Bóg nam daje (bo każdy z nas jest w jakiejś sferze życia królem) uwodzi nas. Otwartość oznacza gotowość przyjęcia Boga w każdej chwili i w każdej dziedzinie mojego życia; oznacza uznanie niezbędności działania Boga. Gdy człowiek wkracza w takie doświadczenie, najczęściej ucieka; wybiera oziębłość, bo ona daje pozory panowania nad sobą.
Tak więc reakcja ludzi, którzy widzieli uzdrowienie głuchoniemego jest normalna. Mamy prawo zrobić co chcemy, wbrew Jego prośbie. Tak jest w jakimś stopniu zawsze. Udzielanie się Boga wyzwala pokusy użycia skutków tego działania dla mnie, tak jak chcę.

Otwartość całkowita, którą Bóg chce w nas ukształtować, sprawia, że możemy być wolni od takiej postawy. Dlatego życie duchowe jest wyzwoleniem, bo ono pozwala – przez zależność, bliskość, przylgnięcie do Boga - przyjmować dobrze, bez zawłaszczenia Jego łaskę. O takie otwarcie chodzi w Kościele. Z takiego życia rośnie Kościół.

Zważmy dziś w naszych sercach – których postaw jestem bliższy? Nie bójmy się zobaczyć statyczność swojej religijności, jej faryzeizm. Oparcie duchowości na sobie zawsze owocuje pewnym faryzeizmem. Zabiegajmy ciągle o żywość kontaktu z Bogiem (poprzez modlitwę, sakramenty, łączenie swojego cierpienia z cierpieniem Chrystusa), aby uwolnić się od tej klatki.
On, więź z Nim, jest wolnością. Mówię tu o życiu, które jest inne od życia potocznego, które inaczej widzi właściwie wszystko. Ale dlaczego mamy się lękać tej inności? Bóg jest inny, ale to On jest spełnieniem, prawdą i wolnością; nie ułudą, konstrukcją myślową. Więź z Nim daje nam takie życie. Tak więc czego się lękać?
AMEN