niedziela, 29 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 10.02.2006 (drugiej)

10.02.2006, Warszawa

Celem naszego życia jest bardzo wiele tronów, cały ich zestaw. Chcemy uporządkować wszystko, co nas otacza, całą rzeczywistość, zapominając, że to Pan Bóg o wszystkim decyduje, a nie my. Zapominamy, że postać tego świata przemija. I zaczynamy z tego, co przemija, budować swój tron, czyli wszystko, co ma budować nasze znaczenie. To, co przemija chcielibyśmy uczynić czymś nieprzemijającym, jakoś nad tym zapanować.

Każda zmiana sytuacji, w której żyjemy, w której jesteśmy postawieni, wytrąca nas z równowagi - stajemy się niepewni, niespokojni. Często jesteśmy zaskakiwani i będziemy, dopóki nasze serce nie odnajdzie się w Bogu, Jego miłości; dopóki nie zobaczymy, że Pan Bóg nas kocha jako ludzi ułomnych, małoznaczących; tych, którzy nie mają czym się szczycić, na czym budować swojej wartości; tych, którzy mają swoje trony i „coś znaczą”. Wydaje nam się, że siedzimy na tronie, a siedzimy na tym, co przemija.

Pan Bóg kocha nas jako tych, którzy nie mają wartości, choć nam się wydaje, że mamy, i zaprasza nas, abyśmy schodzili z tych tronów. Powinniśmy wykorzystywać wszystko, co nam pokazuje, aby schodzić z tych tronów, by widzieć, że przemija postać tego świata, że moje trony są złudzeniem, że skończy się czas każdego mojego tronu. Jeśli będziemy coraz mniejsi – będziemy schodzili z tych tronów poprzez uniżenie.

Jeżeli wybieramy ten świat, karierę, zabezpieczenia materialne, wtedy Pan Bóg staje się środkiem do tego celu. Nie wierzymy, że Pan Bóg nas kocha jako tych, którzy nic nie mają; którzy są słabi i mizerni. Jeśli myślimy inaczej, to siedzimy na tronie, który przeszkadza nam w zjednoczeniu z Bogiem. Dlatego musimy odkryć choć część tej prawdy, by zobaczyć jakiego Pan Bóg mnie kocha. I dlatego tracimy trochę swoje trony; dlatego Pan Bóg zabiera nam jakieś rzeczy, abyśmy uchwycili się Jego miłości.

Dobrze jest wykorzystywać różne nasze niepowodzenia, porażki, bo mamy dowody, że Pan Bóg troszczy się o mnie i chce, abym uchwycił się Jego miłości. To, że jestem marnym chrześcijaninem, pracownikiem nie jest problemem w moim życiu. Niewiara w miłość Boga – to jest najważniejszy problem. Więc nie oczekujmy od siebie i swoich bliskich jakiś wielkich osiągnięć. Często walczymy w ten sposób z prawdą o nas, z miłością Pana Boga do nas jako tych słabych i marnych.

Walka o znaczenie nas zniewala, ogranicza, paraliżuje. Staramy się wmówić sobie i innym, że muszę być kimś. Dobrze więc, że doświadczamy różnych zawodów w tym, co robimy; że nasze oczekiwania się nie spełniają, bo w ten sposób Pan Bóg pokazuje, abym przestał kochać trony i uczepił się miłości Pana Boga. Mogę poznać wtedy miłość Boga jako do tych, którzy są słabi, którzy zawodzą, którym się nie udaje.

Pan Bóg uniża się przed nami, abyśmy tę prawdę uznali. Uniża się przed nami w Eucharystii, gdzie jest pozbawiony mocy.

Powinniśmy uznawać, że trudno jest nam przyjąć miłość Pana Boga do nas jako tych słabych i marnych; że ciągle chcemy sami sobie poradzić i przez to Go odrzucamy. Przez to pragnienie znaczenia, nabierania wartości – odrzucamy Pana Boga.

Pan Jezus zaprasza nas do uczepienia się Jego miłości. W Nim możemy odnaleźć sens naszego życia.

Amen

sobota, 28 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 10.02.2006 (pierwszej)

10.02.2006, Warszawa
Mamy wiele dowodów, że Bóg jest bezinteresowny w swojej miłości do nas. Dowodem tej miłości jest to, że mogliśmy przeżyć Eucharystię, adorację; że mogliśmy tu przyjechać. Przecież żadna z tych rzeczy nam się nie należy, a przecież jest to żywe przyjście Boga do nas. Nie zasłużyliśmy sobie na to niczym. Bóg nas obdarzył swoją obecnością, bo trudno znaleźć choć jedną rzecz, którą sobie zasłużyliśmy na udział w Eucharystii. Nie znajdziemy takiej rzeczy, która mogłaby przyciągnąć Boga do nas.

Nasze przyjście do tej świątyni zostało poprzedzone łaską Boga. Każdy z nas został działaniem Boga uprzedzony: otrzymaliśmy łaskę skutecznego dotarcia, przełamania oporów i pokus, by On mógł nas obdarzyć swoją Miłością. Być może Pan Bóg pracował nad tym cały dzisiejszy dzień, może tydzień, byśmy tych łask nie odrzucili.
Wiele wydarzeń mogło pomóc nam wybrać to spotkanie; może kierownik duchowy oszczędził nas, nie powiedział całej prawdy, którą zobaczył, bo nie bylibyśmy w stanie przyjąć i nie zbuntowaliśmy się; może mieliśmy chwilę czasu, by nad sobą się poużalać. Ileś bodźców, które zbudowały w nas dobry nastrój, zadowolenie, przyjemność oraz to wszystko, z czego zbudowaliśmy sobie małe i wielkie trony – panowania, które sprawiły, że żyje nam się przyjemniej, które pozwoliły nie zniechęcić się nam całkowicie i popaść w całkowitą oziębłość. To mogły być małe „sukcesy”, których nie zauważyliśmy, a które pocieszyły nas, np. ugotowany obiad, sprzątanie itd. To, że Bóg pozwolił zbudować nam te trony może pomogło nam wybrać to spotkanie, bo przecież nasze motywacje przyjścia tutaj nie są najgłębsze. Rzadko kto przychodzi tu po to, by tracić, wyjść uboższym niż się przyszło, wyjść prawdziwie ubogim w duchu.

Pan Bóg pozwala często na to budowanie naszych tronów, wielkości, przez które jesteśmy w stanie zgodzić się, aby wejść z Panem Bogiem w jakiś układ. Niektóre z nich dotknął, co może spowodowało trochę głodu Boga; niektóre pozostawił nietknięte i w ten sposób zachęca nas do spotkania ze Sobą. Wie, że inaczej nie przyjdziemy, że nie ma w nas czystej motywacji, więc aby się móc udzielić, dać nam trochę Siebie, musi się uniżyć, pozwolić, aby Siebie zdetronizować.

Każda radość psychiczna, każda wygrana, jeśli nie jest objęta wdzięcznością i skruchą, jest detronizacją Boga. I On się na to zgadza, aby nam pobłogosławić, obdarzyć nas łaską Eucharystii. Wie, że może mówić do nas tylko wtedy, gdy siedzimy na jakiś tronach i pozwala się zepchnąć. Bóg mówi z pozycji uniżenia, tak bardzo nas pragnie i tak bardzo o nas walczy.

Tam, gdzie wiele rozlewa się grzechu (każda uzurpacja władzy jest złem), w tym miejscu rozlewa się łaska, by nas ratować. Tron jest pociechą, przyjemnością, ale rekompensacja straty pozwala zachować resztki poczucia własnej wartości; jest osłoną zranień i ukrywa nasze lęki przed odrzuceniem, dlatego będziemy go bronić do ostatka, bo psychika lęka się utraty.

Człowiek jest sam dla siebie mistrzem w uzasadnianiu swojego siedzenia na tronie. Sytuacja Pana Boga wydaje się jeszcze trudniejsza - bo tu, gdzie Bóg jest najbardziej potrzebny, bo człowiek sam jest zalękniony – spotka największy opór w naszym życiu, bo nie będziemy chcieli się odkryć. I Bóg będzie tu okłamywany; rodzi się kłamstwo, że bardziej potrzebuję tych tronów niż Jego.

Pragniemy dobrych relacji bardziej niż Jego: „bardziej potrzebuję tego wszystkiego: tronu, panowania, niż Ciebie”. Pan Jezus pozostaje jednak w uniżeniu do końca i będzie czekał do końca.

Trzeba skorzystać z uniżenia Maryi. Dzięki Jej uniżeniu możemy spotkać się z Panem Jezusem. Tylko dzięki Niej, że Ona w nas będzie uniżona, możemy przyjąć to, co Chrystus chce nam dać przez swoją obecność. Uniżenie Chrystusa jest dla nas ratunkiem i faktem pośród naszego życia.
Amen

piątek, 27 stycznia 2012

Notatki z homilii 10.02.2006

10.02.2006, Warszawa

To czytanie z Ewangelii św. Marka używamy, gdy mówimy o uzdrowieniach. Myślimy tu o takim stanie człowieka wierzącego, który modli się często: Msza św., medytacja - i byłby w wyniku tych modlitw człowiekiem, który jest otwarty.
Ten obraz – bardzo sugestywny, bo to wielkie szczęście odzyskać słuch i mowę, zyskać dostęp do świata i komunikacji, to zupełnie niezwykłe... - Ten stan jest obrazem nas i doskonale ukazuje, na czym polega życie oparte na sobie i życie oparte na Bogu.

Ten obraz głuchego i niemego jest obrazem człowieka, który wierzy w siebie i wierzy, że sam będąc otwarty na pouczenia Boga, odpowie doskonale na Jego Miłość. To klasyczna postawa człowieka nawracającego się, który uważa, że wysiłek ascetyczny doprowadzi go do spotkania z Bogiem. Akcent jego życia pada na „ja”. Ten człowiek jest faktycznie zamknięty na Boga. Każdy z nas może odnaleźć się w tej postawie.

Człowiek, który jest otwarty, to człowiek, który odkrył i uznał swoją zależność od Boga. Otwarcie polega na doświadczeniu, przekonaniu i konieczności, że Bóg jest mi ciągle niezbędny, ciągle. Taki człowiek będzie zależny od Boga nawet w szarym codziennym dniu. Otwartość będzie dawać dostęp Bogu ciągle. To człowiek, który zaczyna lub prowadzi życie wewnętrzne; który nie ma złudzeń, że jest doskonały albo, że sam o własnych siłach może posiąść Boga. Odkrywając prawdę o sobie widzi, że wszystko jest darem Boga.

Widzimy, że świadkowie uzdrowienia głuchoniemego od razu rozgłaszają to, co widzieli, mimo że Jezus miał prośbę. Jest to typowa postawa człowieka obdarzonego łaską: jeśli Bóg obdarzył mnie cudem, to czy mogę o tym nie mówić? Ale czy mogę powiedzieć wbrew Jego woli?
Bogu nie chodzi o pojedynczy cud przemiany, ale o całe pasmo przemian. Czy ja sam pragnę takiego otwarcia? Przecież ono kompletnie zmieni moje życie...

Bóg, który wkracza codziennie w moje życie, ukazuje, że moje spojrzenie jest ograniczone, że widzę tylko część prawdy, że moje dotychczasowe wybory i decyzje były ułomne, a może błędne, choć oczywiście opierałem je o obecny stan mojego umysłu, postępowałem zgodnie z sumieniem i zgodnie z nim rozeznawałem; ale widzimy, że to był wybór marny.
Czy chcę zgodzić się na takie przyjście Boga? Mogę zobaczyć jutro ułomność swoich dzisiejszych decyzji, ich ograniczoność. Czy pragnę być otwarty?

I czytanie: wyrok na Salomona. Każda z trzech ukazanych nam osób: Salomon, Dawid i Saul w pewnym momencie się gubią. Każdy z nich ma zadatki na króla doskonałego i nagle każdy z nich zaczyna się gubić- widzimy jak sprzeniewierzył się Bogu, czy to Saul, Dawid czy Salomon. Każdy z nich ma okres znakomity, jest wierny Bogu i jest przykładem króla doskonałego i każdy z nich zawodzi.

Panowanie, które Bóg nam daje (bo każdy z nas jest w jakiejś sferze życia królem) uwodzi nas. Otwartość oznacza gotowość przyjęcia Boga w każdej chwili i w każdej dziedzinie mojego życia; oznacza uznanie niezbędności działania Boga. Gdy człowiek wkracza w takie doświadczenie, najczęściej ucieka; wybiera oziębłość, bo ona daje pozory panowania nad sobą.
Tak więc reakcja ludzi, którzy widzieli uzdrowienie głuchoniemego jest normalna. Mamy prawo zrobić co chcemy, wbrew Jego prośbie. Tak jest w jakimś stopniu zawsze. Udzielanie się Boga wyzwala pokusy użycia skutków tego działania dla mnie, tak jak chcę.

Otwartość całkowita, którą Bóg chce w nas ukształtować, sprawia, że możemy być wolni od takiej postawy. Dlatego życie duchowe jest wyzwoleniem, bo ono pozwala – przez zależność, bliskość, przylgnięcie do Boga - przyjmować dobrze, bez zawłaszczenia Jego łaskę. O takie otwarcie chodzi w Kościele. Z takiego życia rośnie Kościół.

Zważmy dziś w naszych sercach – których postaw jestem bliższy? Nie bójmy się zobaczyć statyczność swojej religijności, jej faryzeizm. Oparcie duchowości na sobie zawsze owocuje pewnym faryzeizmem. Zabiegajmy ciągle o żywość kontaktu z Bogiem (poprzez modlitwę, sakramenty, łączenie swojego cierpienia z cierpieniem Chrystusa), aby uwolnić się od tej klatki.
On, więź z Nim, jest wolnością. Mówię tu o życiu, które jest inne od życia potocznego, które inaczej widzi właściwie wszystko. Ale dlaczego mamy się lękać tej inności? Bóg jest inny, ale to On jest spełnieniem, prawdą i wolnością; nie ułudą, konstrukcją myślową. Więź z Nim daje nam takie życie. Tak więc czego się lękać?
AMEN

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 3.02.2006

3.02.2006, Warszawa

Nasze życie jest dialogiem między człowiekiem a Panem Bogiem, między prawdą o Bogu i prawdą o człowieku.
Człowiek jest przywiązany do swojego widzenia świata. Przywiązanie to jest czasem tak bardzo silne, że jakby prowokuje – wymusza sytuacje, w których Pan Bóg musi mnie ratować.

W Magnificat słyszymy: „Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił...” Tych, którzy uważali się za władców prawdy – strącił z tronu; a tych, którzy byli głodni prawdy – nakarmił.
Pan Bóg chce, abym zakwestionował swój obraz widzenia siebie, świata; abym się uniżył, że tak niewiele rozumiem z tego, co się dzieje. Pan Bóg chciałby, abyśmy szukali Jego drogi.
Logos – Słowo, czyli oddawanie i przyjmowanie. Wszystko mam od Ojca i wszystko Jemu oddaję. Kim jest Logos? Co oznacza uniżenie? Czym jest prawdziwe uniżenie, które tak naprawdę w pełni jest dla człowieka niemożliwe?

Człowiek ma dwie prawdy: swoją, szukającą swojego sposobu widzenia świata i Bożą. Tak też ma dwie miłości: miłość Bożą i ludzką. Miłość ludzka, która szuka dowartościowania i miłość Boża, która szuka przebaczenia; szuka grzesznika; tego, co najmniej godne. Sprawia nam ból, gdy ktoś pozbawia nas wartości, a Bóg szuka tego, kto ma świadomość najmniejszej wartości. Taki ktoś, kto nie wierzy w siebie, nie liczy na siebie jest nasiąknięty miłością Chrystusa; Ojciec patrzy na niego jak na syna.

Ale żyć w takim uniżeniu, z taką głęboką świadomością prawdy? Człowiek szuka przede wszystkim swojego tronu, nie chce uniżenia, nie chce prawdy, bo wierzy w to, że jest kochany za coś i tego czegoś całe życie szuka.

Są także dwa rodzaje panowania: np. panowanie lęku, szukania bezpieczeństwa; szukania sposobu, aby wobec innych być panem i drugie panowanie – panowanie Boga, tak inne, trudne do zrozumienia i przyjęcia, które przychodzi do grzesznicy siedzącej na tronie, jaką jest Samarytanka, która żebrze o miłosierdzie. Jest to panowanie, które uniża się przed celnikami i cudzołożnikami.

Mamy więc dwa rodzaje prawdy, miłości i panowania.
Ten, który żyje w pełnym uniżeniu i my, którzy możemy przyjąć choć odrobinę prawdy o sobie i Jego miłości, pozwalając, by żal skruchy nas odrobinę obmył, często mówimy Panu Bogu „nie”. Ten dialog, który jest zawsze, nawet jeśli mówimy swoje „nie”. On w każdej chwili zadaje człowiekowi pytanie: czy chcesz być bliżej Mnie? Czy chcesz, abym żył w tobie?

Gdy człowiek dostrzeże, jak bardzo dąży do wielkości, to nasze spotkanie z Matką Bożą staje się koniecznością. Ona staje się nam wówczas niezbędna, konieczna; dzięki której możemy choć trochę żyć tą prawdziwą miłością. Tylko dzięki Niej możemy się uniżyć; może stać się coś trwałego w naszym życiu (ale często walczymy dopóki Pan Bóg nas nie postawi między życiem a śmiercią; nie pokaże nam tego świata w prawdzie, tak jak On go widzi).
I może być tak, że w końcu będziemy bali się najmniej zgrzeszyć przeciw tej Miłości, którą można jedynie przyjąć.
Amen

piątek, 20 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 3.02.2006

3.02.2006, Warszawa

"Tron Boży"

Pan Bóg chce nas posadzić na tronie, tylko czym jest ten Jego tron? W którym kierunku mamy zmierzać w naszym życiu?

Spotkanie Pana Jezusa z Samarytanką jest wskazówką, jak rozumieć ten Boży tron. Samarytanka jest zniewolona przez tron, który sama sobie zbudowała. Jak bardzo ten tron ją zranił, zniszczył? W tym miejscu największego zranienia i bólu czeka na nią Chrystus jako Najczystsza Miłość. Kiedy ona się zbliża, to Chrystus zachowuje się jak żebrak – prosi ją o przysługę: „Daj Mi pić”.

Tron to panowanie. Panowanie Boga to uniżenie i służba. I to uniżenie przed kimś, kto jest grzesznikiem. Mieszkańcy zaczęli ją potępiać, wytykać palcami. Właśnie w ten sposób Pan Jezus zdobywa serce Samarytanki tak, że prosi ją o przysługę. To nie jest narzucanie władzy; nie jest żadną formą przymusu, ale uniżeniem i służbą.

Co to znaczy przyjąć zaproszenie Pana Boga do wejścia na Jego tron? Co działo się z Samarytanką? Mimo, że to ona dała pić Panu Jezusowi, to tak naprawdę to On jej usłużył, a ona dała się obsłużyć Panu Jezusowi; dała Mu się obmyć, oczyścić. Wtedy, kiedy Pan Jezus nam „obmywa nogi”, tak jak to było w przypadku św. Piotra, czy swoją miłością podnosi do godności dziecka Bożego, wtedy ta miłość Boża nas porywa; uzdalnia do tego, by zacząć żyć nowym życiem. Okazuje się, że Samarytanka tęskni za Bogiem, nie jest do końca taka zła. Pan Jezus rozdmuchał w niej tę maleńką iskierkę, która tliła się na dnie jej serca. W końcu staje się apostołką Miłości, której doświadczyła i którą przyjęła.

„Piotrze, czy ty Mnie miłujesz?” – pyta Pan Jezus Piotra nad jeziorem Genezaret. Postawmy się w sytuacji Piotra. Piotr przypomina sobie to spojrzenie przebaczające po zdradzie i chyba wtedy został uzdolniony do tego, by powiedzieć: „Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”, nie tą miłością agape, ale „zdobyłeś mnie Panie, chociaż Cię zdradziłem, więc jak mógłbym Cię nie kochać?” To jest ten Boży tron – tron Miłości, do której jesteśmy zaproszeni.

O tym powołaniu bardzo pięknie pisze Ojciec św. w swojej nowej Encyklice - Deus Caritas Est: „Kto chce dawać miłość, sam musi ją otrzymać w darze”. Aby się napić z tego źródła Bożej Miłości trzeba być małym, uniżonym: „Trzeba mieć nowy obraz Boga”. To poczucie, że jestem kochany jest źródłem szczęścia. Bo Jego miłość to Miłość Agape, Miłość przebaczająca. Ta Boża miłość ucieleśnia się w sposób konkretny w Jezusie Chrystusie, który szuka zagubionej owcy. Czy doświadczam, że jestem tą owcą zagubioną, której Jezus poszukuje?

Tak jak Samarytanka możemy spotkać się z Panem Jezusem na każdej Eucharystii. Miłość z Krzyża rodzi owoce w sercu ludzkim, może nas przemienić.
Jakie niezwykłe perspektywy otwiera przed nami życie w uniżeniu? Jeśli adoruję swoje trony to zamykam się na Miłość. Matka Boża chce nas zaprosić, abyśmy pozwolili, by Ona żyła w nas i w nas przyjmowała Chrystusa i Jego łaskę.

Św. Tereska mówiła: „Chciałabym zniknąć, aby było widać Twoją miłość i Twoją dobroć”.
Stawajmy się narzędziami Matki Bożej w świecie dla innych.

Amen

środa, 18 stycznia 2012

Notatki z homilii 3.02.2006

3.02.2006, Warszawa

Opis św. Marka – zwięzły i suchy, jeśli chodzi o czyny Jezusa. Opis, który ukazuje, że Jan Chrzciciel, który oddziaływał na Heroda (który go słuchał), odgrywał względem króla istotną rolę. Nagle Pan Bóg uznał, że jego czas się skończył i zabrał go z tego świata w sposób dramatyczny. Dla uczniów Jana był to absolutny dramat; dla tych, którzy nie przeszli do Jezusa – ich świat się rozpadł. Ale zarówno dla króla Heroda skończył się czas istnienia człowieka, który był dla niego kanałem łaski, który mógł się przyczynić do jego nawrócenia. Wiemy, że Herod umarł strasznie – gniło jego ciało.

Dzisiejsze słowa przypominają nam o cudach łaski. O Dawidzie, który został wybrany. Matka Boża przypomina nam o delikatnej Bożej miłości, ale także przypomina nam, że On zna miarę czasu każdego z nas. W perspektywie doświadczeń w Katowicach, musimy sobie o tym przypomnieć – Pan Bóg zna miarę czasu, którą nam daje, która jest ograniczona – zarówno jeśli chodzi o nawrócenie, jak i o posłanie. Jedno i drugie, ze względu na Jego długomyślność, jest do podjęcia przez długi czas. Panu Bogu zależy, by człowiek wypełnił to, co On zamierzył – by się nawrócił i by wypełnił swą rolę.

Najczęściej jest tak z ludźmi, którzy zaznali łaski, że jest w nich roszczenie, że są kapryśni. Tak więc podejmując swą posługę, stawiają warunki. W jakiejś mierze są zamknięci na plan Boga, na działanie Boga.

Każdy z nas albo nie chce podjąć wezwania Bożego, albo nie chce się nawrócić. Grzechy ciężkie uniemożliwiają odczytanie powołania, które Pan Bóg daje. I to może być zniweczone.
Jakie mogą być skutki zamknięcia człowieka na pukającego do jego serca Boga?

Wydarzenie w Katowicach pokazuje, że śmierć może przyjść nagle. Śmierć duchowa przychodzi nagle. Nawrócenie, przyjęcie miłości Boga jest rzadkie, a chrześcijanin, który doświadcza miłości - jest niewdzięczny, czyli kapryśny; traci bezmiar Boga, który chce mu się udzielić. To jest ciemność Kościoła.

Takie wydarzenia, jak w Katowicach, wywołują wstrząs psychiczny. One domagają się od nas głębszego [zamyślenia]. One dotyczą każdego z nas, bo każdy z nas może bezpowrotnie utracić Boga i zmarnować swoje życie w Kościele, które jest miejscem udzielania się Boga.

Czy doświadczam tego? Czy jestem wdzięczny za to? Czy odkrywam tak Boga, czy nie? To jest pytanie, które zostało na nowo w ostatnim tygodniu postawione przez Boga. W tym nowym tysiącleciu Pan Bóg bardzo często to pytanie stawia. Wydaje się, że to pytanie jest niezrozumiałe, nie do przyjęcia w naszym świecie. Jest to najczęściej poszukiwanie rzeczy zewnętrznych; bez odkrycia motywów, źródeł konkretnego zła. Jakby dociekanie prawdy mądrości i miłości Bożej, prawdziwych motywów [miłości Bożej] było nieistotne.

Odnajdźmy w tych pytaniach udzielającego się Boga, który daje nam miłość, który pragnie naszego szczęścia, dla którego nasze zło nie jest przeszkodą do przemiany – kocha nas. Ale czy On jest dla nas Bogiem żywym?

Żyć w obecności Boga ciągle – to jest przecież elementarz wiary, a nie szczyt wiary. To jest punkt wyjścia dla wierzącego. Czy tak rzeczywiście jest w naszym życiu?

Mówię o sprawach, które są pełne światła i miłości Boga; to są słowa nadziei, a nie zwątpienia, czy smutku. Jeśli Pan Bóg mnie kwestionuje – to są to słowa nadziei, [szansa rozwoju] i oznaka miłości. Jeśli mam się nawracać, to jest to szansa dla mnie.
Kwestionowanie przez Boga - to odmowa zaakceptowania naszego fałszu, naszej niechęci do prawdy, pragnienia samowystarczalności. Czy tak to rozumiem? – to uparte udzielanie się Boga, czy nie? Czy nie chcę tego rozumieć?

Pan Bóg zaprasza nas do niezwykle serdecznego obcowania z Nim, które nas przemieni, które jest szczęściem dla nas. Czy pragnę tego? Czy raczej jestem zapatrzony w swojego starego człowieka? Czy jest we mnie tęsknota, żeby się narodził nowy człowiek? Czy też jestem jak Nikodem w czasie tej nocnej rozmowy? Czy jest w nas ufność, że Bóg może starca uczynić dzieckiem, ufnym jak dziecko?

Ścięcie Jana Chrzciciela jest znakiem kresu Starego Testamentu (tego niezwykłego czasu udzielania się Boga poprzez znaki) i otwarcia się na Pełnię Objawienia w Jezusie Chrystusie. – Pełni, która zmienia wszystko, która pragnie, by On przenikał całe moje życie – tak jak On chce i może.
Czy pragnę tego?

Amen

wtorek, 17 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 13.01.2006

13.01.2006, Warszawa

Po ostatnich konferencjach, które były tu mówione, wypadałoby się zapytać, jak się mają nasze trony? Czy Pan Bóg nie potrząsnął którymś z nich; czymś, co dla nas jest bardzo ważne, o co się niezwykle troszczymy, co chcemy kontrolować ze wszystkich sił? Czy Pan Bóg nie zakwestionował gdzieś tego naszego panowania? Czy patrzymy na to z wiarą?

Pan Bóg chce, abyśmy coraz bardziej od Niego zależeli, dlatego będzie tymi tronami potrząsał. A nam tak trudno zejść z tych wyżyn naszego znaczenia. Chcemy mieć znaczenie w swoich oczach, oczach innych. Czy potrafimy z wiarą spojrzeć na te próby kwestionowania naszych tronów, które na pewno były w tym czasie?

Nasze życie to historia walki o różne trony, jak historia, której uczymy się w szkole; historia walki o władzę. Taki jest schemat naszego funkcjonowania – walczymy o nasze znaczenie. Mamy jakieś plany tej naszej wspaniałości, znaczenia. Każdy stawia na coś innego. Tutaj mamy całą gamę.

Większość z nas stawia na świętość, doskonałość. Jawi się nam to jako tron naszej chwały; coś, co sprawi, że będę wspaniały. Dopuszczam, że ktoś tutaj może mi pomóc, bo może tak w 100% sobie nie poradzę; tak, jakbyśmy Panu Bogu robili łaskę: „Możesz mi tu pomóc, Panie Jezu...”.
Historia naszego życia to historia walki o ten tron; chcemy panować nad sobą, nad swoim życiem; sytuacjami, w których jesteśmy postawieni. Chcielibyśmy także znać wolę Bożą, mieć tutaj jasność, klarowność; na bieżąco wiedzieć, jakie są zamiary Pana Boga i oprzeć się na tym. Szukamy potwierdzenia u Pana Boga tego, co robimy. Bardzo niewygodna jest dla nas sytuacja szukania woli Bożej przez wiarę, w ciemności, kiedy nie mamy potwierdzenia, nie wiemy jaka ona jest.
Ale takie sytuacje, nad którymi panujemy są zaprzeczeniem panowania Pana Boga; jakbyśmy kwestionowali to, że bez Pana Boga nic nie możemy uczynić.

Pragnienie tych różnych tronów pokazuje, że my właściwie chcemy żyć bez Pana Boga. To jest gdzieś w głębi nas ukryte pragnienie – żyć prawie bez Boga. Głód Pana Boga nie za bardzo nas tu obchodzi, bo jeśli nad wszystkim panujemy, jeśli wszystko funkcjonuje według naszych planów i zamiarów, to nie ma głodu Pana Boga. Naszym pragnieniem jest żyć bez Boga; może w taki pobożny sposób, ale bez Boga.
Pan Bóg nie może pogodzić się z taką sytuacją, bo chce naszego zbawienia. Dlatego próbuje zachwiać tymi naszymi tronami. To jest początek robienia miejsca dla Pana Boga.

Ale co my wtedy robimy? Zaczynamy je odbudowywać, z powrotem na nie wchodzić próbując przywrócić panowanie nad sytuacją, nad którą tracimy kontrolę. Nie chcę dopuścić, by to On panował w moim życiu, zaczynam walczyć o przywrócenie kontroli.

Czy patrzymy z wiarą na wydarzenia, że naprawdę zależymy od Pana Boga, że Go potrzebujemy? Wszystko, co zagraża tym naszym tronom, wydaje się dla nas niebezpieczne; staramy się bronić przed utratą znaczenia. Np. wczorajsze czytanie, które ukazuje nam walkę Izraelitów z Filistynami, walkę człowieka o swoje znaczenie. Pan Bóg potrząsa tronem ich znaczenia, kwestionuje ich wielkość, ale nie widzą tego. Więc nadchodzi kolejna walka, gdzie używają Pana Boga do tego, by utrzymać swój tron. Jak bardzo są podobni do nas? My też modlimy się czasem do Pana Boga, by utrzymać swój tron.

I drugi przykład – uzdrowienie trędowatego, gdy Pan Bóg prosi go, aby nikomu nie mówił o tym zdarzeniu, ale on nie słucha; odzyskał panowanie nad swoim ciałem i już nie potrzebuje słuchać Pana Boga. I wtedy to Pan Jezus musiał się uniżyć z powodu czyjejś chęci wywyższenia się.

W naszym życiu jest tak samo. Zasiadając na tronie, zmuszamy Pana Boga, aby to On się uniżył; mówimy Mu, że już Go nie potrzebujemy: „Zrobiłeś, to, o co mi chodziło - przywróciłeś mi mój tron, odzyskałem kontrolę, więc mogę sobie dalej już spokojnie żyć”. To pokazuje jak bardzo nie chcemy żyć z miłosierdzia, tylko panować – podporządkować sobie Pana Boga.

Takim szczególnym momentem jest Eucharystia, kiedy to Pan Jezus uniża się przed nami. Tylko Pan Jezus może przyjąć nas takimi, którzy siedzą na tronie, nikt więcej. Tylko On jest w stanie oddać za nas swoje życie, uniżyć się w taki sposób.
Eucharystia – to czas, kiedy możemy być odmienieni, jeśli tylko przyznamy się, że siedzimy na tronie i potrzebujemy bardzo Jego ratunku.
Amen