poniedziałek, 23 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 3.02.2006

3.02.2006, Warszawa

Nasze życie jest dialogiem między człowiekiem a Panem Bogiem, między prawdą o Bogu i prawdą o człowieku.
Człowiek jest przywiązany do swojego widzenia świata. Przywiązanie to jest czasem tak bardzo silne, że jakby prowokuje – wymusza sytuacje, w których Pan Bóg musi mnie ratować.

W Magnificat słyszymy: „Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił...” Tych, którzy uważali się za władców prawdy – strącił z tronu; a tych, którzy byli głodni prawdy – nakarmił.
Pan Bóg chce, abym zakwestionował swój obraz widzenia siebie, świata; abym się uniżył, że tak niewiele rozumiem z tego, co się dzieje. Pan Bóg chciałby, abyśmy szukali Jego drogi.
Logos – Słowo, czyli oddawanie i przyjmowanie. Wszystko mam od Ojca i wszystko Jemu oddaję. Kim jest Logos? Co oznacza uniżenie? Czym jest prawdziwe uniżenie, które tak naprawdę w pełni jest dla człowieka niemożliwe?

Człowiek ma dwie prawdy: swoją, szukającą swojego sposobu widzenia świata i Bożą. Tak też ma dwie miłości: miłość Bożą i ludzką. Miłość ludzka, która szuka dowartościowania i miłość Boża, która szuka przebaczenia; szuka grzesznika; tego, co najmniej godne. Sprawia nam ból, gdy ktoś pozbawia nas wartości, a Bóg szuka tego, kto ma świadomość najmniejszej wartości. Taki ktoś, kto nie wierzy w siebie, nie liczy na siebie jest nasiąknięty miłością Chrystusa; Ojciec patrzy na niego jak na syna.

Ale żyć w takim uniżeniu, z taką głęboką świadomością prawdy? Człowiek szuka przede wszystkim swojego tronu, nie chce uniżenia, nie chce prawdy, bo wierzy w to, że jest kochany za coś i tego czegoś całe życie szuka.

Są także dwa rodzaje panowania: np. panowanie lęku, szukania bezpieczeństwa; szukania sposobu, aby wobec innych być panem i drugie panowanie – panowanie Boga, tak inne, trudne do zrozumienia i przyjęcia, które przychodzi do grzesznicy siedzącej na tronie, jaką jest Samarytanka, która żebrze o miłosierdzie. Jest to panowanie, które uniża się przed celnikami i cudzołożnikami.

Mamy więc dwa rodzaje prawdy, miłości i panowania.
Ten, który żyje w pełnym uniżeniu i my, którzy możemy przyjąć choć odrobinę prawdy o sobie i Jego miłości, pozwalając, by żal skruchy nas odrobinę obmył, często mówimy Panu Bogu „nie”. Ten dialog, który jest zawsze, nawet jeśli mówimy swoje „nie”. On w każdej chwili zadaje człowiekowi pytanie: czy chcesz być bliżej Mnie? Czy chcesz, abym żył w tobie?

Gdy człowiek dostrzeże, jak bardzo dąży do wielkości, to nasze spotkanie z Matką Bożą staje się koniecznością. Ona staje się nam wówczas niezbędna, konieczna; dzięki której możemy choć trochę żyć tą prawdziwą miłością. Tylko dzięki Niej możemy się uniżyć; może stać się coś trwałego w naszym życiu (ale często walczymy dopóki Pan Bóg nas nie postawi między życiem a śmiercią; nie pokaże nam tego świata w prawdzie, tak jak On go widzi).
I może być tak, że w końcu będziemy bali się najmniej zgrzeszyć przeciw tej Miłości, którą można jedynie przyjąć.
Amen

piątek, 20 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 3.02.2006

3.02.2006, Warszawa

"Tron Boży"

Pan Bóg chce nas posadzić na tronie, tylko czym jest ten Jego tron? W którym kierunku mamy zmierzać w naszym życiu?

Spotkanie Pana Jezusa z Samarytanką jest wskazówką, jak rozumieć ten Boży tron. Samarytanka jest zniewolona przez tron, który sama sobie zbudowała. Jak bardzo ten tron ją zranił, zniszczył? W tym miejscu największego zranienia i bólu czeka na nią Chrystus jako Najczystsza Miłość. Kiedy ona się zbliża, to Chrystus zachowuje się jak żebrak – prosi ją o przysługę: „Daj Mi pić”.

Tron to panowanie. Panowanie Boga to uniżenie i służba. I to uniżenie przed kimś, kto jest grzesznikiem. Mieszkańcy zaczęli ją potępiać, wytykać palcami. Właśnie w ten sposób Pan Jezus zdobywa serce Samarytanki tak, że prosi ją o przysługę. To nie jest narzucanie władzy; nie jest żadną formą przymusu, ale uniżeniem i służbą.

Co to znaczy przyjąć zaproszenie Pana Boga do wejścia na Jego tron? Co działo się z Samarytanką? Mimo, że to ona dała pić Panu Jezusowi, to tak naprawdę to On jej usłużył, a ona dała się obsłużyć Panu Jezusowi; dała Mu się obmyć, oczyścić. Wtedy, kiedy Pan Jezus nam „obmywa nogi”, tak jak to było w przypadku św. Piotra, czy swoją miłością podnosi do godności dziecka Bożego, wtedy ta miłość Boża nas porywa; uzdalnia do tego, by zacząć żyć nowym życiem. Okazuje się, że Samarytanka tęskni za Bogiem, nie jest do końca taka zła. Pan Jezus rozdmuchał w niej tę maleńką iskierkę, która tliła się na dnie jej serca. W końcu staje się apostołką Miłości, której doświadczyła i którą przyjęła.

„Piotrze, czy ty Mnie miłujesz?” – pyta Pan Jezus Piotra nad jeziorem Genezaret. Postawmy się w sytuacji Piotra. Piotr przypomina sobie to spojrzenie przebaczające po zdradzie i chyba wtedy został uzdolniony do tego, by powiedzieć: „Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”, nie tą miłością agape, ale „zdobyłeś mnie Panie, chociaż Cię zdradziłem, więc jak mógłbym Cię nie kochać?” To jest ten Boży tron – tron Miłości, do której jesteśmy zaproszeni.

O tym powołaniu bardzo pięknie pisze Ojciec św. w swojej nowej Encyklice - Deus Caritas Est: „Kto chce dawać miłość, sam musi ją otrzymać w darze”. Aby się napić z tego źródła Bożej Miłości trzeba być małym, uniżonym: „Trzeba mieć nowy obraz Boga”. To poczucie, że jestem kochany jest źródłem szczęścia. Bo Jego miłość to Miłość Agape, Miłość przebaczająca. Ta Boża miłość ucieleśnia się w sposób konkretny w Jezusie Chrystusie, który szuka zagubionej owcy. Czy doświadczam, że jestem tą owcą zagubioną, której Jezus poszukuje?

Tak jak Samarytanka możemy spotkać się z Panem Jezusem na każdej Eucharystii. Miłość z Krzyża rodzi owoce w sercu ludzkim, może nas przemienić.
Jakie niezwykłe perspektywy otwiera przed nami życie w uniżeniu? Jeśli adoruję swoje trony to zamykam się na Miłość. Matka Boża chce nas zaprosić, abyśmy pozwolili, by Ona żyła w nas i w nas przyjmowała Chrystusa i Jego łaskę.

Św. Tereska mówiła: „Chciałabym zniknąć, aby było widać Twoją miłość i Twoją dobroć”.
Stawajmy się narzędziami Matki Bożej w świecie dla innych.

Amen

środa, 18 stycznia 2012

Notatki z homilii 3.02.2006

3.02.2006, Warszawa

Opis św. Marka – zwięzły i suchy, jeśli chodzi o czyny Jezusa. Opis, który ukazuje, że Jan Chrzciciel, który oddziaływał na Heroda (który go słuchał), odgrywał względem króla istotną rolę. Nagle Pan Bóg uznał, że jego czas się skończył i zabrał go z tego świata w sposób dramatyczny. Dla uczniów Jana był to absolutny dramat; dla tych, którzy nie przeszli do Jezusa – ich świat się rozpadł. Ale zarówno dla króla Heroda skończył się czas istnienia człowieka, który był dla niego kanałem łaski, który mógł się przyczynić do jego nawrócenia. Wiemy, że Herod umarł strasznie – gniło jego ciało.

Dzisiejsze słowa przypominają nam o cudach łaski. O Dawidzie, który został wybrany. Matka Boża przypomina nam o delikatnej Bożej miłości, ale także przypomina nam, że On zna miarę czasu każdego z nas. W perspektywie doświadczeń w Katowicach, musimy sobie o tym przypomnieć – Pan Bóg zna miarę czasu, którą nam daje, która jest ograniczona – zarówno jeśli chodzi o nawrócenie, jak i o posłanie. Jedno i drugie, ze względu na Jego długomyślność, jest do podjęcia przez długi czas. Panu Bogu zależy, by człowiek wypełnił to, co On zamierzył – by się nawrócił i by wypełnił swą rolę.

Najczęściej jest tak z ludźmi, którzy zaznali łaski, że jest w nich roszczenie, że są kapryśni. Tak więc podejmując swą posługę, stawiają warunki. W jakiejś mierze są zamknięci na plan Boga, na działanie Boga.

Każdy z nas albo nie chce podjąć wezwania Bożego, albo nie chce się nawrócić. Grzechy ciężkie uniemożliwiają odczytanie powołania, które Pan Bóg daje. I to może być zniweczone.
Jakie mogą być skutki zamknięcia człowieka na pukającego do jego serca Boga?

Wydarzenie w Katowicach pokazuje, że śmierć może przyjść nagle. Śmierć duchowa przychodzi nagle. Nawrócenie, przyjęcie miłości Boga jest rzadkie, a chrześcijanin, który doświadcza miłości - jest niewdzięczny, czyli kapryśny; traci bezmiar Boga, który chce mu się udzielić. To jest ciemność Kościoła.

Takie wydarzenia, jak w Katowicach, wywołują wstrząs psychiczny. One domagają się od nas głębszego [zamyślenia]. One dotyczą każdego z nas, bo każdy z nas może bezpowrotnie utracić Boga i zmarnować swoje życie w Kościele, które jest miejscem udzielania się Boga.

Czy doświadczam tego? Czy jestem wdzięczny za to? Czy odkrywam tak Boga, czy nie? To jest pytanie, które zostało na nowo w ostatnim tygodniu postawione przez Boga. W tym nowym tysiącleciu Pan Bóg bardzo często to pytanie stawia. Wydaje się, że to pytanie jest niezrozumiałe, nie do przyjęcia w naszym świecie. Jest to najczęściej poszukiwanie rzeczy zewnętrznych; bez odkrycia motywów, źródeł konkretnego zła. Jakby dociekanie prawdy mądrości i miłości Bożej, prawdziwych motywów [miłości Bożej] było nieistotne.

Odnajdźmy w tych pytaniach udzielającego się Boga, który daje nam miłość, który pragnie naszego szczęścia, dla którego nasze zło nie jest przeszkodą do przemiany – kocha nas. Ale czy On jest dla nas Bogiem żywym?

Żyć w obecności Boga ciągle – to jest przecież elementarz wiary, a nie szczyt wiary. To jest punkt wyjścia dla wierzącego. Czy tak rzeczywiście jest w naszym życiu?

Mówię o sprawach, które są pełne światła i miłości Boga; to są słowa nadziei, a nie zwątpienia, czy smutku. Jeśli Pan Bóg mnie kwestionuje – to są to słowa nadziei, [szansa rozwoju] i oznaka miłości. Jeśli mam się nawracać, to jest to szansa dla mnie.
Kwestionowanie przez Boga - to odmowa zaakceptowania naszego fałszu, naszej niechęci do prawdy, pragnienia samowystarczalności. Czy tak to rozumiem? – to uparte udzielanie się Boga, czy nie? Czy nie chcę tego rozumieć?

Pan Bóg zaprasza nas do niezwykle serdecznego obcowania z Nim, które nas przemieni, które jest szczęściem dla nas. Czy pragnę tego? Czy raczej jestem zapatrzony w swojego starego człowieka? Czy jest we mnie tęsknota, żeby się narodził nowy człowiek? Czy też jestem jak Nikodem w czasie tej nocnej rozmowy? Czy jest w nas ufność, że Bóg może starca uczynić dzieckiem, ufnym jak dziecko?

Ścięcie Jana Chrzciciela jest znakiem kresu Starego Testamentu (tego niezwykłego czasu udzielania się Boga poprzez znaki) i otwarcia się na Pełnię Objawienia w Jezusie Chrystusie. – Pełni, która zmienia wszystko, która pragnie, by On przenikał całe moje życie – tak jak On chce i może.
Czy pragnę tego?

Amen

wtorek, 17 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 13.01.2006

13.01.2006, Warszawa

Po ostatnich konferencjach, które były tu mówione, wypadałoby się zapytać, jak się mają nasze trony? Czy Pan Bóg nie potrząsnął którymś z nich; czymś, co dla nas jest bardzo ważne, o co się niezwykle troszczymy, co chcemy kontrolować ze wszystkich sił? Czy Pan Bóg nie zakwestionował gdzieś tego naszego panowania? Czy patrzymy na to z wiarą?

Pan Bóg chce, abyśmy coraz bardziej od Niego zależeli, dlatego będzie tymi tronami potrząsał. A nam tak trudno zejść z tych wyżyn naszego znaczenia. Chcemy mieć znaczenie w swoich oczach, oczach innych. Czy potrafimy z wiarą spojrzeć na te próby kwestionowania naszych tronów, które na pewno były w tym czasie?

Nasze życie to historia walki o różne trony, jak historia, której uczymy się w szkole; historia walki o władzę. Taki jest schemat naszego funkcjonowania – walczymy o nasze znaczenie. Mamy jakieś plany tej naszej wspaniałości, znaczenia. Każdy stawia na coś innego. Tutaj mamy całą gamę.

Większość z nas stawia na świętość, doskonałość. Jawi się nam to jako tron naszej chwały; coś, co sprawi, że będę wspaniały. Dopuszczam, że ktoś tutaj może mi pomóc, bo może tak w 100% sobie nie poradzę; tak, jakbyśmy Panu Bogu robili łaskę: „Możesz mi tu pomóc, Panie Jezu...”.
Historia naszego życia to historia walki o ten tron; chcemy panować nad sobą, nad swoim życiem; sytuacjami, w których jesteśmy postawieni. Chcielibyśmy także znać wolę Bożą, mieć tutaj jasność, klarowność; na bieżąco wiedzieć, jakie są zamiary Pana Boga i oprzeć się na tym. Szukamy potwierdzenia u Pana Boga tego, co robimy. Bardzo niewygodna jest dla nas sytuacja szukania woli Bożej przez wiarę, w ciemności, kiedy nie mamy potwierdzenia, nie wiemy jaka ona jest.
Ale takie sytuacje, nad którymi panujemy są zaprzeczeniem panowania Pana Boga; jakbyśmy kwestionowali to, że bez Pana Boga nic nie możemy uczynić.

Pragnienie tych różnych tronów pokazuje, że my właściwie chcemy żyć bez Pana Boga. To jest gdzieś w głębi nas ukryte pragnienie – żyć prawie bez Boga. Głód Pana Boga nie za bardzo nas tu obchodzi, bo jeśli nad wszystkim panujemy, jeśli wszystko funkcjonuje według naszych planów i zamiarów, to nie ma głodu Pana Boga. Naszym pragnieniem jest żyć bez Boga; może w taki pobożny sposób, ale bez Boga.
Pan Bóg nie może pogodzić się z taką sytuacją, bo chce naszego zbawienia. Dlatego próbuje zachwiać tymi naszymi tronami. To jest początek robienia miejsca dla Pana Boga.

Ale co my wtedy robimy? Zaczynamy je odbudowywać, z powrotem na nie wchodzić próbując przywrócić panowanie nad sytuacją, nad którą tracimy kontrolę. Nie chcę dopuścić, by to On panował w moim życiu, zaczynam walczyć o przywrócenie kontroli.

Czy patrzymy z wiarą na wydarzenia, że naprawdę zależymy od Pana Boga, że Go potrzebujemy? Wszystko, co zagraża tym naszym tronom, wydaje się dla nas niebezpieczne; staramy się bronić przed utratą znaczenia. Np. wczorajsze czytanie, które ukazuje nam walkę Izraelitów z Filistynami, walkę człowieka o swoje znaczenie. Pan Bóg potrząsa tronem ich znaczenia, kwestionuje ich wielkość, ale nie widzą tego. Więc nadchodzi kolejna walka, gdzie używają Pana Boga do tego, by utrzymać swój tron. Jak bardzo są podobni do nas? My też modlimy się czasem do Pana Boga, by utrzymać swój tron.

I drugi przykład – uzdrowienie trędowatego, gdy Pan Bóg prosi go, aby nikomu nie mówił o tym zdarzeniu, ale on nie słucha; odzyskał panowanie nad swoim ciałem i już nie potrzebuje słuchać Pana Boga. I wtedy to Pan Jezus musiał się uniżyć z powodu czyjejś chęci wywyższenia się.

W naszym życiu jest tak samo. Zasiadając na tronie, zmuszamy Pana Boga, aby to On się uniżył; mówimy Mu, że już Go nie potrzebujemy: „Zrobiłeś, to, o co mi chodziło - przywróciłeś mi mój tron, odzyskałem kontrolę, więc mogę sobie dalej już spokojnie żyć”. To pokazuje jak bardzo nie chcemy żyć z miłosierdzia, tylko panować – podporządkować sobie Pana Boga.

Takim szczególnym momentem jest Eucharystia, kiedy to Pan Jezus uniża się przed nami. Tylko Pan Jezus może przyjąć nas takimi, którzy siedzą na tronie, nikt więcej. Tylko On jest w stanie oddać za nas swoje życie, uniżyć się w taki sposób.
Eucharystia – to czas, kiedy możemy być odmienieni, jeśli tylko przyznamy się, że siedzimy na tronie i potrzebujemy bardzo Jego ratunku.
Amen

niedziela, 15 stycznia 2012

Notatki z homilii 13.01.2006

13.01.2006, Warszawa

To uzdrowienie paralityka [Mk 2, 1-12] wywołało zdziwienie wśród ludzi znajdujących się wokół Jezusa, ale prawdopodobnie nie przekonało faryzeuszy i uczonych w Piśmie, którzy byli wzburzeni, gdy Jezus odpuścił grzechy paralitykowi. To wydarzenie miało na celu udowodnić, że Jezus jest Mesjaszem, że jest Boskim Wysłannikiem i to On określa, jak człowiek powinien żyć i zmierzać do upragnionego zbawienia. Stykamy się tu z typową postawą człowieka głęboko wierzącego. Bóg jest wiarygodny dla mnie jeśli czyni coś dla mnie. Stąd zdumienie tych, którzy widzieli cud uzdrowienia.

Jezus wypełnia wszystkie zapowiedzi mesjańskie. Ci, którzy uważają się za wiernych i doskonałych (faryzeusze) – to oni sprawdzają Go przez cały czas i, mimo, że nie znajdują w Jego działaniu błędu, to odrzucają Go. Faryzeusz to ten, który chce mieć władzę nad Bogiem.

Odnieśmy te dwie postawy do nas. Czy Bóg nie jest dla mnie bardziej wiarygodny, gdy coś jest po mojej stronie? Albo czy jest akceptowany, gdy zmienia zasady swego udzielania się, co robi ciągle? Jeśli wierzymy w swoją doskonałość, to musimy Go odrzucać.
Faryzeizm to postawa starszego brata z przypowieści o synu marnotrawnym, który żyjąc z ojcem po prostu go nie zna. Wierzy w swoją doskonałość; że ma wiedzę w dążeniu do Boga i jest wierny. Pycha wiedzy, doskonałość niweluje kontakt z Bogiem, jest komunią z samym sobą. Jest to więc wielkie ostrzeżenie dla każdego z nas.

Sytuacja z paralitykiem ukazuje, jak Bóg chce, abyśmy żyli: zależymy od Niego, wiemy o tym i w pełni to akceptujemy. Takie było życie Izraelitów w okresie Sędziów – nie mieli króla. W wypadku zagrożenia Izraelici uznawali za króla tylko Boga; nie było ziemskiego króla. Ale liczne doświadczenia, znakomite do ich nawrócenia, choć przynoszące cierpienie, zrodziły pragnienie upodobnienia się do innych; takiego widzialnego obrazu, który nie ma trudności pewnej pustki, bo obecność Boga jest pustką i wymaga wiary, szukania.

Czy w naszym życiu duchowym rzeczywiście Bóg jest pierwszy, czy pierwszy jestem ja sam, a może ktoś czy coś? Czy nie potrzebuję przede wszystkim obecności człowieka, który zresztą jest pośrednikiem Boga. Taka jest zresztą struktura Kościoła.
Czy to dzisiejsze słowo pokazuje nam mieliznę naszego poszukiwania Boga, zresztą często nieuniknioną? Przejście przez pustynię, w której wyobrażam sobie, że coś jest Bogiem, jest stale obecne w naszym życiu.
Ten ciągle obecny Bóg, któremu mogę powiedzieć: „Chcę, pragnę Twojej obecności. Potrzebuję Cię”.

Jeśli wynikiem słuchania słowa będzie dzisiaj takie pragnienie, czy też taka decyzja: „Potrzebuję Cię. Wiem, że moja natura dąży do czegoś innego niż Ty; często odkrywam mielizny drogi życia religijnego, ale proszę, wyzwól mnie od tego i prowadź. Ty jesteś wiernym, miłującym mnie, więc mnie prowadź. Chcę tego”, - jeśli ono będzie światłem, które zrodzi ufność do Boga, to będzie to pełnia szczęścia. Wtedy On będzie Oblubieńcem, Drogą i Prawdą mojego życia. Pragnienie Boga może to sprawić.
Amen

sobota, 14 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 14.12.2005

Rekolekcje adwentowe
Ruchu Rodzin Nazaretańskich na Targówku (Warszawa)
14.12.2005, św. Jana od Krzyża.

„Brakuje mi ciebie bardzo” – zdaje się do ciebie szeptać Jezus. On chciałby ci wszystko dawać; wszystkim obdarzać, bo tak naprawdę tylko od Niego wszystko możesz otrzymać, dosłownie wszystko. A ty, nie licząc się z bólem, jaki Mu zadajesz, zdajesz się mówić zupełnie odwrotnie: „Nie brakuje mi Ciebie, Panie”, a przynajmniej chciałbym, aby mi Ciebie nie brakowało, bo to nie jest przyjemne wciąż otrzymywać; bo to oznacza, że musiałbym być ciągle żebrakiem, który od Ciebie zależy wyłącznie i we wszystkim. A ja, mimo, że faktycznie jestem żebrakiem, nędzarzem, to wytworzyłem sobie wizję, że nie potrzebuję niczego i nikogo.

Takie wzorce są zaszczepiane dzieciom: „Żyj tak, abyś nie potrzebował niczego od innych”.
Może taki wizerunek został i tobie zaszczepiony i to rzutuje na twoje odniesienie do ludzi, świata, do Pana Boga. Nie chcesz sytuacji, w których będziesz zależny od lekarstw, innych ludzi. Chcemy być panem swojego ciała.
Czyż to nie jest twój tron? Robimy ze swojego zdrowia jakąś formę absolutu, walczymy o nie, a przecież ciało nie jest naszą własnością. Bóg nie może zgodzić się z takim myśleniem. Gdyby Bóg zabrał nam te iluzje, to naprawdę mogłoby się to dramatycznie skończyć; od razu wpadlibyśmy w jakąś depresję.

Możemy usłyszeć to pragnienie: „Bardzo mi ciebie brakuje. Tak bardzo chciałbym troszczyć się o ciebie, abyś odkrył moją Miłość. Uwierz, mogę wszystko.”

Takich rzeczy, które obejmują iluzje tronu jest tak bardzo dużo; aż można mówić o nieświadomym kontynencie, np. nieświadomy kontynent władzy, którą złudnie sprawujemy. Iluzje dotyczą też ludzi, np. zanoszona prośba o ratowanie dziecka do lekarza, nie do Boga.
Do kogo ty zwracasz swoje wołanie? Jaka jest nędza naszej niewiary w Boga przejawiająca się wiarą w ludzi.

Problem czasu. Jak bardzo walczymy o ten wolny czas, o czas dla siebie?
Wolny czas można zamienić na czas, w którym będziemy mogli być niezależni od Pana Boga; realizowanie planu samowystarczalności. Można go też zamienić na przyjemność, na zdobywanie pieniędzy, ale także na radykalne uporządkowanie swoich spraw. Samo dysponowanie czasem daje przeświadczenie, że jestem kimś. Kiedy do panowania nad czasem dodamy panowanie nad doczesnością, czasoprzestrzenią, to możemy ulec iluzji, że posiadamy bardzo dużo, że jesteśmy niezależni. Ile w tym poczucia ważności, satysfakcji, przyjemności? Iluzja władzy domaga się nie tylko wypełnienia czasoprzestrzenią ale także ludźmi, którzy będą dowartościowywać nas albo znikną z naszego życia z niechęcią. Taka iluzja tronu.

Te nieuświadomione, nie odkryte kontynenty iluzji tronu ujawniają się najczęściej, kiedy coś tracimy, gdy np. zachorujemy i lekarz nie będzie mógł nam pomóc; lub przejście na emeryturę, ale wcześniej ten biedny człowiek nie chciał słyszeć: „Brakuje mi Ciebie bardzo”.

Kiedy wreszcie ten szept usłyszysz, to pojawi się on jak głos na gruzach wypalonych iluzji. Bo tak naprawdę głód Boga rodzi się na zgliszczach wypalonych iluzji, że sami z siebie coś możemy. Ale próbujmy być wdzięczni za nie. Przynajmniej w tym kontekście odkryjesz Jedyną Miłość – długomyślną, wytrwałą i wierną. Wierny może być tylko Bóg, który ukochał cię nad życie.

Ten głód Boga zrodzi w tobie modlitwę, która będzie odpowiedzią:
„Brakuje mi Ciebie, Jezu. Tak bardzo potrzebuję Ciebie, abyś posłużył się Maryją; potrzebuję Cię każdego dnia w tym narzędziu, jakim jest Maryja. Potrzebuję Twojej miłosiernej troski o mój chleb powszedni.
Potrzebuję Cię w trudnościach życia, które stanowią dla mnie próby wiary. Dlatego tak bardzo potrzebuje Ciebie, Twych miłujących ramion.
Potrzebuję byś strzegł mej wierności do Ciebie w życiu duchowym przez Maryję. Przez Maryję będziesz przelewał na mnie zdroje miłosierdzia.
Potrzebuję Ciebie w kontaktach z Tobą na polu wiary, bo moja modlitwa jest tak marna, że czasem myślę, czy bardziej w niej nie obrażam Ciebie niż szukam Twojej woli.
Potrzebuję Ciebie tak bardzo, by Eucharystia nie ściągnęła na mnie wyroku potępieni (...). Twoja miłość do mnie sprawi, że posłużysz się Maryją, aby była dla mnie kanałem Twej łaski...”
Amen

piątek, 13 stycznia 2012

Notatki z Konferncji 13.12.2005

Rekolekcje adwentowe
Ruchu Rodzin Nazaretańskich na Targówku (Warszawa)
13.12.2005
Jest coś, co całkowicie przekracza nasze wyobrażenia. To pragnienie Pana Boga, aby ubogacać nas swoją łaską, przekracza całkowicie nasze wyobrażenia jest dla nas nie do pojęcia. Jeśli mówimy, że Bóg jest całkowicie inny od człowieka, to to pragnienie Boga, aby obdarzać nas miłością całkowicie przekracza wszelkie ludzkie analogie. Bóg przekracza nieskończenie człowieka. Wobec nieskończoności Boga i Jego pragnienia, aby nas kochać, człowiek staje się całkowicie bezradny; jest to dla niego nie do pojęcia. Nie ma takiej możliwości, żeby to pragnienie sobie wyobrazić.

Ale aby Bóg mógł skutecznie działać w naszej duszy, może On stopniowo osłabiać twoje panowanie nad swoją sytuacją wewnętrzną, może zmniejszać twoją odporność psychiczną, kiedy trudno podjąć jakąś prostą decyzję, zmiany wywołują stres; mogą pojawiać się choroby, zaczyna nam ciążyć praca, nawet ta podstawowa.
To oczywiście jest trudne dla naszego „ja”, ponieważ ciągle bardzo głęboko tkwi w nas przekonanie, że jest to nasze ciało i nasza psychika. Ale nasze ciało, psychika, dusza jest własnością Pana Boga. To właściwie On i tylko On ma pełne prawo do mnie, do całej mojej istoty.

Nasze iluzoryczne panowania, które próbujemy wybudować dotyczą wszystkich sfer naszego życia, także sfery zawodowej. Przecież wydaje się oczywiste, że człowiek powinien być doskonalący się, coraz bardziej zaradny w życiu codziennym. Wtedy nawet do głowy nam nie przyjdzie, aby pomyśleć o tronie, że to też tron. Jest to bardzo głęboko wrośnięte w człowieka, przyrasta do naszej świadomości, tworzy jedno z nami. Człowiek i jego wyniesienia są w tym sensie jakąś integralną całością.

Kiedy Bóg ucząc wiary Apostołów, kwestionował ich kompetencje podczas burzy, musiał doprowadzić do tego, że ta burza musiała być coraz większa. Musiał jakoś sprawić, że ci pewni siebie Apostołowie zaczęli zastanawiać się, że czują się pewni siebie, ufają sobie, wierzą w siebie. Inaczej nie przyszłoby im to do głowy.
Dopiero gdy stali się bezradni w swojej dziedzinie wysokich kompetencji, gdy fale żywiołu ich pewność siebie choć odrobinę zachwiały, zaczęło docierać do nich, że Bóg jest Jedynym Panowaniem. I te ich kompetencje stały się nagle takie nieważne.
Może dopiero wtedy zaczęli pamiętać o modlitwie; o tym, że od Boga zależy wszystko. Ale przecież ta modlitwa to dopiero początek odkrywania przed Nim, że On jest Jedynym Panem.

Czasami czujesz się bezradny w swoim życiu duchowym. Wtedy Pan Bóg zaczyna dobierać się i do tej sfery, bo do tej pory byłeś przekonany, że to ty idziesz do Boga, to ty się modlisz, ale przecież ta sfera duchowa, która w twoim mniemaniu tobie podlega, też musi być zakwestionowana. Niepewność może narastać; może doprowadzić do tego, że nie wiesz, jak iść, jak podejmować decyzje; wydaje ci się, że coś się rozsypało, że jesteś w ciemnościach. Brak panowania z wysokości tronu czyni cię bezradnym, słabym.

Wiara ma swój szczególny wyraz. Tym wyrazem jest modlitwa. Na ile wierzymy w to Jedyne Panowanie Boga, na tyle wierzymy w moc modlitwy. Twoje ręce wyciągnięte w żebraczym geście mają zmieniać wszystko, bieg historii. Ręce wyciągnięte z wiarą, że otrzymam wszystko, bo nie mam nic. Modlitwa prośby, modlitwa błagalna jest tak mało przez nas doceniana, chociaż jest tak ważna, bo odwołuje się do Jedynego Panowania Boga i to panowanie przyzywa.

Św. Paweł „Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” – gdyby wejść w głębię tych słów, to rzeczywiście zbijają nas z tropu. Św. Paweł - to Boży szaleniec, niezwykły Apostoł, którego niewiele potrafiło złamać. I ten gigant dzieli się takim doświadczeniem, iż nie tylko nie jest wielki, ale także nie chce być wielki; nie dąży do bycia na tronie; uznaje, że w nim nie ma żadnej mocy. Jego mocą jest tylko Bóg.

Poddawanie się Jedynemu Panowaniu Boga w praktyce oznacza świadomość zależności od Niego we wszystkim. Jeżeli to ma być jedyne, a więc całkowite panowanie Boga nad nami, to poczucie powinno przeniknąć nas aż do samej głębi. Doświadczenie słabości może nam w tym pomóc; przypomnieć, że nie zależymy od siebie. Doświadczenie słabości oznacza brak panowania nad sobą; wprowadza nas w jakiś obszar prawdy, działania Boga.

„Beze Mnie nic nie możecie uczynić” – słowa te pokazują prawdę, że NIC nie możecie uczynić, że sami z siebie jesteście słabi całkowicie, bo NIC nie możecie beze Mnie. To On jest naszą mocą, nadzieją, zabezpieczeniem, domem; jest wszystkim, czego potrzebuje nasze biedne, poranione i skołatane serce.
Tylko w świetle wiary można zobaczyć, że twój tron stoi naprzeciw prawdziwego tronu Pana Boga. Patrząc oczami wiary trzeba byłoby się zdumiewać stopniem naszej niewiary, ślepotą, która nie chce dostrzegać tronów i nie widzi dramatu swojego życia. Bo ten prawdziwy tron, tron Boga to jedyny ratunek dla nas. Przecież kiedyś musi się zwalić ten nasz pusty tron.

Nasz tron to wyzwanie rzucone Panu Bogu, obraza Boga. Kim jestem, że mogę rzucać wyzwanie Bogu? Jak ono musi być bolesne dla naszego Pana z Jego miłością? Ból towarzyszył Jezusowi właściwie przez całe Jego życie, np. osamotnienie wśród tłumów. Jezus z ciągłym bólem głosił Ewangelię o Królestwie i nie tylko głosił ją swoim uczniom, ale także arcykapłanom i faryzeuszom. To też grzesznicy potrzebujący przebaczenia i miłosierdzia. Tylko, że ci grzesznicy są nieświadomi swojej grzeszności.

Tron Jego miłosierdzia zawsze musi przynieść polaryzację.
Jezus ukochał uniżenie, ale nikt poza Jego Matką nie zrozumiał tego. Nawet modląc się możesz się zagubić.
Jeśli chcesz nawiązać z Nim kontakt musisz ukochać to, co On ukochał. Ale pragnienie uniżenia nie jest twoim pragnieniem. Dlatego możesz błagać Jezusa, aby On posłużył się Maryją, swoją i twoją Matką, aby Ona, Matka Uniżenia żyła w tobie modlitwą uniżenia, wiarą w iluzoryczność twego tronu.
Amen