piątek, 13 stycznia 2012

Notatki z Konferncji 13.12.2005

Rekolekcje adwentowe
Ruchu Rodzin Nazaretańskich na Targówku (Warszawa)
13.12.2005
Jest coś, co całkowicie przekracza nasze wyobrażenia. To pragnienie Pana Boga, aby ubogacać nas swoją łaską, przekracza całkowicie nasze wyobrażenia jest dla nas nie do pojęcia. Jeśli mówimy, że Bóg jest całkowicie inny od człowieka, to to pragnienie Boga, aby obdarzać nas miłością całkowicie przekracza wszelkie ludzkie analogie. Bóg przekracza nieskończenie człowieka. Wobec nieskończoności Boga i Jego pragnienia, aby nas kochać, człowiek staje się całkowicie bezradny; jest to dla niego nie do pojęcia. Nie ma takiej możliwości, żeby to pragnienie sobie wyobrazić.

Ale aby Bóg mógł skutecznie działać w naszej duszy, może On stopniowo osłabiać twoje panowanie nad swoją sytuacją wewnętrzną, może zmniejszać twoją odporność psychiczną, kiedy trudno podjąć jakąś prostą decyzję, zmiany wywołują stres; mogą pojawiać się choroby, zaczyna nam ciążyć praca, nawet ta podstawowa.
To oczywiście jest trudne dla naszego „ja”, ponieważ ciągle bardzo głęboko tkwi w nas przekonanie, że jest to nasze ciało i nasza psychika. Ale nasze ciało, psychika, dusza jest własnością Pana Boga. To właściwie On i tylko On ma pełne prawo do mnie, do całej mojej istoty.

Nasze iluzoryczne panowania, które próbujemy wybudować dotyczą wszystkich sfer naszego życia, także sfery zawodowej. Przecież wydaje się oczywiste, że człowiek powinien być doskonalący się, coraz bardziej zaradny w życiu codziennym. Wtedy nawet do głowy nam nie przyjdzie, aby pomyśleć o tronie, że to też tron. Jest to bardzo głęboko wrośnięte w człowieka, przyrasta do naszej świadomości, tworzy jedno z nami. Człowiek i jego wyniesienia są w tym sensie jakąś integralną całością.

Kiedy Bóg ucząc wiary Apostołów, kwestionował ich kompetencje podczas burzy, musiał doprowadzić do tego, że ta burza musiała być coraz większa. Musiał jakoś sprawić, że ci pewni siebie Apostołowie zaczęli zastanawiać się, że czują się pewni siebie, ufają sobie, wierzą w siebie. Inaczej nie przyszłoby im to do głowy.
Dopiero gdy stali się bezradni w swojej dziedzinie wysokich kompetencji, gdy fale żywiołu ich pewność siebie choć odrobinę zachwiały, zaczęło docierać do nich, że Bóg jest Jedynym Panowaniem. I te ich kompetencje stały się nagle takie nieważne.
Może dopiero wtedy zaczęli pamiętać o modlitwie; o tym, że od Boga zależy wszystko. Ale przecież ta modlitwa to dopiero początek odkrywania przed Nim, że On jest Jedynym Panem.

Czasami czujesz się bezradny w swoim życiu duchowym. Wtedy Pan Bóg zaczyna dobierać się i do tej sfery, bo do tej pory byłeś przekonany, że to ty idziesz do Boga, to ty się modlisz, ale przecież ta sfera duchowa, która w twoim mniemaniu tobie podlega, też musi być zakwestionowana. Niepewność może narastać; może doprowadzić do tego, że nie wiesz, jak iść, jak podejmować decyzje; wydaje ci się, że coś się rozsypało, że jesteś w ciemnościach. Brak panowania z wysokości tronu czyni cię bezradnym, słabym.

Wiara ma swój szczególny wyraz. Tym wyrazem jest modlitwa. Na ile wierzymy w to Jedyne Panowanie Boga, na tyle wierzymy w moc modlitwy. Twoje ręce wyciągnięte w żebraczym geście mają zmieniać wszystko, bieg historii. Ręce wyciągnięte z wiarą, że otrzymam wszystko, bo nie mam nic. Modlitwa prośby, modlitwa błagalna jest tak mało przez nas doceniana, chociaż jest tak ważna, bo odwołuje się do Jedynego Panowania Boga i to panowanie przyzywa.

Św. Paweł „Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” – gdyby wejść w głębię tych słów, to rzeczywiście zbijają nas z tropu. Św. Paweł - to Boży szaleniec, niezwykły Apostoł, którego niewiele potrafiło złamać. I ten gigant dzieli się takim doświadczeniem, iż nie tylko nie jest wielki, ale także nie chce być wielki; nie dąży do bycia na tronie; uznaje, że w nim nie ma żadnej mocy. Jego mocą jest tylko Bóg.

Poddawanie się Jedynemu Panowaniu Boga w praktyce oznacza świadomość zależności od Niego we wszystkim. Jeżeli to ma być jedyne, a więc całkowite panowanie Boga nad nami, to poczucie powinno przeniknąć nas aż do samej głębi. Doświadczenie słabości może nam w tym pomóc; przypomnieć, że nie zależymy od siebie. Doświadczenie słabości oznacza brak panowania nad sobą; wprowadza nas w jakiś obszar prawdy, działania Boga.

„Beze Mnie nic nie możecie uczynić” – słowa te pokazują prawdę, że NIC nie możecie uczynić, że sami z siebie jesteście słabi całkowicie, bo NIC nie możecie beze Mnie. To On jest naszą mocą, nadzieją, zabezpieczeniem, domem; jest wszystkim, czego potrzebuje nasze biedne, poranione i skołatane serce.
Tylko w świetle wiary można zobaczyć, że twój tron stoi naprzeciw prawdziwego tronu Pana Boga. Patrząc oczami wiary trzeba byłoby się zdumiewać stopniem naszej niewiary, ślepotą, która nie chce dostrzegać tronów i nie widzi dramatu swojego życia. Bo ten prawdziwy tron, tron Boga to jedyny ratunek dla nas. Przecież kiedyś musi się zwalić ten nasz pusty tron.

Nasz tron to wyzwanie rzucone Panu Bogu, obraza Boga. Kim jestem, że mogę rzucać wyzwanie Bogu? Jak ono musi być bolesne dla naszego Pana z Jego miłością? Ból towarzyszył Jezusowi właściwie przez całe Jego życie, np. osamotnienie wśród tłumów. Jezus z ciągłym bólem głosił Ewangelię o Królestwie i nie tylko głosił ją swoim uczniom, ale także arcykapłanom i faryzeuszom. To też grzesznicy potrzebujący przebaczenia i miłosierdzia. Tylko, że ci grzesznicy są nieświadomi swojej grzeszności.

Tron Jego miłosierdzia zawsze musi przynieść polaryzację.
Jezus ukochał uniżenie, ale nikt poza Jego Matką nie zrozumiał tego. Nawet modląc się możesz się zagubić.
Jeśli chcesz nawiązać z Nim kontakt musisz ukochać to, co On ukochał. Ale pragnienie uniżenia nie jest twoim pragnieniem. Dlatego możesz błagać Jezusa, aby On posłużył się Maryją, swoją i twoją Matką, aby Ona, Matka Uniżenia żyła w tobie modlitwą uniżenia, wiarą w iluzoryczność twego tronu.
Amen



czwartek, 12 stycznia 2012

Notatki z homilii 13.12.2005

Rekolekcje adwentowe
Ruchu Rodzin Nazaretańskich na Targówku (Warszawa)

13.12.2005
.

Obraz z dzisiejszej Ewangelii [Mt 21, 28-32] jest bardzo klarowny, pokazuje rolę pójścia za Słowem. Odwołuje się do woli; chodzi o to, by przełamać bunt, ale pójść za tym. To, że pojawia się pewien rodzaj buntu, niechęci to znaczy, że jest opór przed wolą Bożą.

Tak jest, że wiara ostatecznie rozwija się i odwołuje przede wszystkim do naszej woli. Inne władze odgrywają jakąś rolę, ale w drodze duchowej chodzi o odwoływanie się do woli człowieka.

Widzimy, że jest to trudne tak ukształtować wolę, by czynić to, co Bóg mówi.
Sofoniasz nakreślił obraz wiary: „Nie będziesz się wstydzić wszystkich swoich uczynków, przez które dopuściłaś się względem Mnie niewierności; usunę bowiem wtedy spośród ciebie pysznych samochwalców twoich i nie będziesz się więcej wywyższać na świętej Mej górze...” – możemy to odnieść do siebie. To, co we mnie jest postawą szukania swojej chwały, wielkości, oczekiwania na pochwałę, to Bóg usunie z mego serca. Nie będziesz szukał swojej wielkości, swoich różnych tronów, bożków. Nie będzie powodu do lęku, bo będzie zatopienie się w Bogu. Obraz jest bardzo piękny, ale życie pokazuje nam, że jest inaczej. Co z tym zrobić?

Podstawą do tego, by pragnąć Boga, by żyć duchowością jest doświadczenie - mocne przekonanie o sobie jako o człowieku, który nic nie może ze sobą zrobić. Bywa to nazywane bezradnością. Próby, które podejmuję, licząc na siebie, są bezskuteczne. Chodzi tu o to, bym zaczął liczyć na Boga. Gdy liczę na siebie, swój rozum, swoją pamięć, to wszystko musi zawieść, okazać się nędzą i to po to, abym zaczął wołać do Boga, przestał liczyć na siebie. Odwołując się do siebie samego, swoich władz naturalnych, muszę w końcu zobaczyć, że to nie ma sensu, jest bezskuteczne. Muszę zobaczyć, że sam nie mogę się nawrócić, nie mogę zmienić niczego istotnego w moim życiu. Mogę poudawać, zrobić retusze, ale nie jest w mojej mocy, abym zbliżył się do Niego. Ale w mojej mocy leży to, abym chciał być przed Bogiem przegrany, bym chciał skapitulować.

Nie chodzi o to, bym odgrywał przegranego, nędznika; nie chodzi o odgrywanie tak zwanej „ruchowości” (takie powiedzenie o RRN), ale chodzi o doświadczenie, że sam nic nie mogę zrobić, mogę jedynie nagrzeszyć. I to jest punkt wyjścia do życia duchowością a nie „ruchowością”, aby zobaczyć, że to Bóg musi żyć we mnie, że Ona musi żyć we mnie: „Jeśli Ty, Maryjo, nie będziesz żyła we mnie, to nic dobrego nie może się wydarzyć”.

I dlatego muszą przychodzić porażki; może niewidoczne dla innych. Bóg daje różne porażki, aby było w nas pierwszeństwo Pana Boga, a nie mojego „ja”. Chodzi o to, bym zaczął żyć wiarą, by ona mogła się pogłębiać.

Jak bardzo nam zależy, aby to „moje” było na pierwszym miejscu! Dlatego Pan Bóg ciągle musi nas doprowadzać do sytuacji, żebym zaczął wołać, aby to Bóg był pierwszy. Chodzi o to, by doświadczenie to było tak głębokie, aby powstało wołanie, że nie jestem umiejący żyć, nie potrafię przeżyć dobrze dnia, że jestem przygnieciony przez grzechy: „Tylko Ty musisz mnie nieść w swoich Ramionach”.
Amen

środa, 11 stycznia 2012

Notatki z Konferencji 12.12.2005

Rekolekcje adwentowe
Ruchu Rodzin Nazaretańskich
na Targówku (Warszawa),
12.12.2005
.

Każdy z nas ma jakiś problem z takim ważnym ‘kimś”. Ten „ktoś” to nasze „ja”. Każdy z nas nosi taki wewnętrzny obraz własnego „ja”, siebie samego. Kształtowanie tego ‘ja” trwa całe życie. Ten obraz mojego „ja” - najważniejszy „ktoś” w moim życiu wybija się na pierwszy plan zawsze: w myślach, pamięci. Ów „ja”, to ktoś, wokół którego krąży nieustannie moje myślenie. Kształtuje się ono całe życie, a zaczyna się już od dzieciństwa. Chwile, które wiążą się z kształtowaniem tego obrazu, to sytuacje, gdy np. ktoś nas dowartościuje, a jeśli tego nie zrobi, to szybko sami się dowartościujemy. Te moje „ja” to tak naprawdę skrzywiony obraz mnie samego. Ale on decyduje o wszystkim w moim życiu: o sposobie zachowania się, widzeniu siebie, innych, całego świata. Jest to oczywiście piedestał, tron, bardzo mocny, zakorzeniony w nas, wręcz nienaruszalny czasami; owe przekonania, które są w nas bardzo głęboko.

Przykład człowieka – Chińczyka, który nie chciał rozmawiać z Amerykaninem uznając, że musi być nie z tego świata skoro nie umie mówić w jego języku. To, co było nie takie jak to, czym żył, co poznał (np. język) okazało się nieważne, nieistotne. Czasami ja też tak myślę o Panu Bogu.

Pojawiają się trudne sytuacje i kiedy ich nie rozumiem denerwuję się, oskarżam. Jeśli coś dzieje się nie tak, jakbym chciał tzn., że jest źle, od razu odrzucam to. Jeśli np. w modlitwie Bóg próbuje do mnie mówić w swoim języku, innym niż mój własny, a ja nie rozumiem Go, to Go odrzucam; mówię, że się nie umiem modlić, mam rozproszenia, że się nie modlę. To moje „ja” jest bardzo mocne.

Ten tron korzysta ze wszystkiego, co może go budować: z oparć materialnych, psychicznych i duchowych. Jeśli coś naruszy to moje „ja”, to od razu to odrzucam, a nawet jeśli wierzę, że coś jest prawdą, to po jakimś czasie też odrzucę. Ten tron, że jestem kimś, że coś widzę bardzo dobrze, tak naprawdę nie istnieje; to tylko pozory, konstrukcje myślowe.

Taka sfera głębokich przekonań jest tak naprawdę najważniejszą troską naszego życia. Czy jest coś ważniejszego niż mój tron? Ciągle te szczeble, które Pan Bóg uszkadza, my szybko naprawiamy. Może to być piedestał bycia szanowanym, piedestał władzy nad sobą i nad innymi, piedestał pobożności, wierności Panu Bogu, nawet pokory; piedestał poczucia, że jestem komuś potrzebny. One wszystkie budują ważność mojego „ja”, ale są to konstrukcje, które nie istnieją. Ile jednak wkładamy w nie trudu, aby je budować? Ile myśli, życia, wręcz modlitwy? To niesamowicie droga konstrukcja, tak wiele nas kosztuje. Ale jeśli Pan Bóg ich nie podtrzymuje, to przecież to wszystko się może zawalić. Ale tego wszystkiego potrzebujemy, jesteśmy wręcz chciwi poczucia bezpieczeństwa, bezpiecznego otoczenia, które sprawi, że będzie mi dobrze, że będę zadowolony.

Jest to dramat chciwości, który jest częścią naszej egzystencji. Czy ta chciwość może sama zniknąć? Czy może zniknąć coś, co jest cząstką mojego „ja”? Czy człowiek, który tonie może wyciągnąć siebie na brzeg?

Sam nie wyjdę z tej klatki własnego ja, to niemożliwe. Dlatego tak bardzo potrzebujemy Maryi, dlatego tak bardzo potrzebuję prosić Jezusa, abym mógł przyzywać Maryi, by Ona pragnęła we mnie prawdy.
Jeśli celem twojego życia jest tron, panowanie nad sytuacją, to czy bez tego tronu możesz żyć? Raczej nie i wtedy sytuacja staje się krytyczna, ale to zarazem zmusza do polaryzacji: albo będziesz walczyć o swój piedestał, albo będziesz wołał ku Panu, ku Maryi. Momenty, kiedy tron się chwieje, mogą okazać się jednymi z najważniejszych momentów mojego życia; spotkaniem z łaską, ze światłem.

Czasami te próby wiary są takie malutkie, wręcz po pewnym czasie znikają z naszej pamięci, ale wtedy, kiedy się pojawiają, wywołują w nas napięcie, denerwują nas, wprowadzają w prawdziwe trzęsienie ziemi. Ale wszystko po to, by nas zachęcić do wiary, do aktu, który jest nieproporcjonalny do zagrożenia.
Ta szalejąca burza, którą przeżyli Apostołowie; ludzie, którzy są fachowcami. I oto ci fachowcy nagle stają się bezradni. I mogą wybrać...

Mamy Maryję – my też możemy wybierać. Patrząc Jej oczami widzimy, że tak naprawdę nie ma zagrożenia, ale wyłącznie miłosierna obecność Jezusa, który pragnie, abyśmy otwierali się na Jego obecność. Panem wszystkich tych żywiołów jest przecież On – Bóg. Kiedy w końcu to do nas dotrze, będzie nas to uspokajać, wyciszać, będziemy lepiej żyć. Bez tego szczególnego przylgnięcia do Maryi, nie bylibyśmy zdolni dostrzec, że całe to wydarzenie jest inspirowane przez Pana Boga; pojawiłaby się w nas panika i ucieczka.

W takich trudnych chwilach zadufania w sobie, kiedy chwieje się moja wielkość, kiedy tak bardzo potrzebuję Pana Jezusa, wtedy mogę wołać: „Potrzebuję Cię, Jezu, każdego dnia w tym narzędziu jakim jest Maryja”. Bez tej łaski będę się stale gubić.
Wszystkie wydarzenia wokół mnie; ludzie, służą nam tylko jako budulec do mojego tronu; używam ich, by budować swój tron.

To jest fałszywa religia tronu, która jest wiarą w siebie; autodestrukcją, która jest zawsze we mnie, a szczególnie gdy ten tron zaczyna być przeze mnie wybierany. Jak daleko sięgają nasze aspiracje? Pragnienia, które sięgają nieskończoności. Ale tej nieskończoności nie zdobędziesz, to niemożliwe. Człowiek tak bardzo chce kreować swój świat (wierzę w to, co widzę), walczyć o swój własny obraz, przeprowadzać swoją myśl. Zachowujemy się tak, jakbyśmy nie widzieli dobra, Boga; jak człowiek ślepy, głuchy, bez dotyku. Wtedy zostaje tylko zderzenie ze ścianą, cierpienie. Ale często tak właśnie żyjemy, po swojemu; przeprowadzamy własną wolę i dlatego cierpimy trochę z własnej woli. I taki biedny kadłubek chce żyć w nieskończoności?

Ale czy może dojść do celu? Sam nie, ale może być przeniesiony w ramionach Maryi, gdy już nie będzie liczył na swoje biedne zmysły. Cierpienie nie znika wtedy zupełnie, ale przynajmniej jakiś element cierpienia znika. Ktoś, kto jest niesiony może być zaniesiony do nieskończoności, ale nie o własnych siłach.

Kiedy dostrzegany, że brak nam szaleństwa wiary, że jesteśmy przylgnięci do doczesności, bezradni, to może wtedy coś się zacznie zmieniać. Bogaty młodzieniec był uczciwym człowiekiem, ale to przylgnięcie do świata i swoich pragnień, to te cienkie nitki, które sprawiają, że ptak nie może polecieć. Możemy być bliscy stwierdzeniu, że już jesteśmy bardziej wolni, że te nitki łączące ze światem urywają się, że odwracamy się trochę od siebie, pojawia się osamotnienie. Ale czy wtedy też nie próbujemy kreować swojej rzeczywistości? Wystarczy popatrzeć co mówimy, jak mówimy, co jest w naszej pamięci, wyobraźni; np. nasze wspomnienia – czy to nie buduje nam tronu? Często opowiadamy dawne historie, w których nie wypadamy czasem troszkę lepiej niż naprawdę było, by lepiej się poczuć? To budowanie tronu wciąż jest dla nas tak ważne. Niby wiemy o wszystkim , ale i tak budujemy ten tron. Mogłoby się wydawać, że już nie jestem kimś wielkim, znaczącym, ale znów pojawia się element budujący tron, np. marzenia, pozornie nieważne, ale warto się przyjrzeć czego one dotyczą? Czyż nie budujemy sobie tronu?

Aby zamieszkać w Ramionach musimy mieć trochę ziarna szaleństwa – pozwolić się nieść jedynemu Panu, Oblubieńcowi naszej duszy. Zobacz, jakim jesteś biedakiem w tym kreowaniu siebie, odwracaniu się od miłosierdzia, jak często jesteś zajęty sobą, swoim piedestałem? Czyż to nie dramat?

Nie warto żyć dla świata ludzkich tronów. Jeżeli grasz ciągle pierwsze skrzypce w swoim życiu, ciągle jesteś taki poskręcany, wykombinowany, budujący sobie tron, to bardzo jest ci potrzebny ten Boski Płomień Miłości, który będzie spalał twoje trony. Sam się z tego nie wyplączesz. A kiedy z twojego tronu zostanie już tylko kupka popiołu, kiedy będziesz cały w prawdzie, to Bóg będzie mógł ten popiół zaślubić i wypełnić Sobą.
Amen

wtorek, 10 stycznia 2012

Notatki z homilii 12.12.2005

Rekolekcje adwentowe Ruchu Rodzin Nazaretańskich na Targówku (Warszawa)
12.12.2005, Matki Bożej z Guadalupe

Dzisiaj Kościół przypomina Matkę Bożą z Guadalupe. Jakby Pan Bóg chciał powiedzieć do nas: „Przypomnij sobie, jak ważną rolę w Kościele odgrywa to wspomnienie Matki Bożej z Guadalupe – patronki życia”. Benedykt XVI potwierdza ten szczególny dar Matki Bożej, która przynosi życie, która przynosi prawdę.

Wszystko zaczęło się u Azteków. Przed przybyciem Hiszpanów, Aztekowie byli bardzo dobrze przygotowanym państwem; ludem, który posiadał bardzo wysoki rozwój intelektualny, mieli bardzo rozległą wiedzę matematyczną, astronomiczną. Ludzie żyli w miarę wygodnie, chociaż było coś bardzo trudnego w ich życiu – składali ofiarę z ludzi. Możemy sobie wyobrazić, że ok. 50-60 tys. osób było zabijanych jako ofiary. Rekordem był rok 1477, kiedy w ciągu 4 dni poświęcono 80 tys. ofiar, w tym 20% to były dzieci.

Zastanówmy się, jak musieli czuć się ludzie, którzy rządzili państwem. Czyż nie byli panami życia i śmierci? Czyż nie byli tymi, którzy decydowali o podstawowych sprawach w życiu innych ludzi? Byli naprawdę wielcy przez to poczucie panowania nad krajem, ludzkim losem. Czy taki ktoś otworzy się na krzyż, na przebaczenie, na miłosierdzie? Taki ktoś, kto tak mocno siedzi na tronie pewności siebie, czy może poczuć się żebrakiem i błagać o miłosierdzie???

Może dlatego Pan Bóg dopuścił, że w dzień ich ważnego święta dochodzi do dramatycznych wydarzeń i ci ludzie tracą wszystko, tracą iluzje o swojej mocy. Zostali pokonani i nie ma już szans, aby ponownie pojawiło się poczucie ważności. Oczywiście pojawiały się bunty, ale nie ma poczucia ważności. Pan Bóg dopuścił do tego, aby w tak krótkim czasie wszystko się odwróciło, ale zarazem pojawiło się coś więcej – głód Boga; coś, co sprawiło, że Pan Bóg mógł dać swoje narzędzie, Juana Diego, i to, co najważniejsze – przekaz z nieba. Teraz Bóg mógł powiedzieć przez Maryję: „Nie bójcie się, nic wam więcej nie potrzeba, tylko Mnie”. Czy wcześniej, gdy byli mocni, chcieliby być w ramionach Maryi, poddać się łasce?

Pan Bóg dopuścił do odwrócenia historii. Do dzisiaj pamiętają to wydarzenie, które pokazało im coś bardzo ważnego, co jest także w dzisiejszej Ewangelii. [ Mt 21, 23-27] Arcykapłani i uczeni w Piśmie zadają pytania, ale czy naprawdę chcą odpowiedzi? Przecież tak naprawdę są zagrożeni, że tracą panowanie, wpływy i jak bardzo nie chcą Jego miłości i przebaczenia. I Bóg staje się jakby bezradny nie mogąc przebaczyć. Pycha, która wiąże Bogu ręce, zamyka drogę do miłości i przebaczenia. Jak więc wielkim darem było to, że iluzje spłonęły?
I stał się największy cud, największa ewangelizacja, jaka była w historii Kościoła.

Matka Boża jakby pozwoliła na zupełnie inną szansę wyboru. Gdyby mieli inne oparcie, czy łatwo byłoby im wybrać Boga? Jak więc wielki dar spłynął na ten naród! Dar, który i nas dotyczy. Pan Bóg czasami przewraca nasze iluzje, likwiduje je. Czy wówczas można mówić o wdzięczności Panu Bogu? Pewnie nie; jest tylko cierpienie i bunt. Dlatego tak bardzo potrzebujemy Maryi, bo z nas tak niewielu na to stać.
Amen


czwartek, 17 czerwca 2010

Witamy na piątym spotkaniu grupy dzielenia

W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! Amen.

Maryjo! W tym trudnym dla Ojczyzny czasie pragniemy dać wyraz wierności Bogu.
Pragniemy bardziej radykalnie poznawać własne wady i słabości, te obszary, gdzie Ty chcesz wnieść Twoją pokorę i miłość. Wierzymy, że Pan Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz by się nawrócił i żył. Prowadź nas drogą odrodzenia, pomóż nam służyć bliźnim - naszym świadectwem wiary.

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą!
Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus.
Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej.
Amen

Kochani!
To spotkanie będzie trwało przez cały miesiąc, do dnia 15 lipca 2010 roku.
Każdy, kto przeczyta fragment poniżej, a będzie chciał podzielić się swoim doświadczeniem Pana Boga (według zasad przytoczonych na bocznym pasku bloga), jest zaproszony do wpisania swojego dzielenia w Komentarzach. Wpis może być podpisany w sposób dowolny.

Kto nie ma obecnie potrzeby wypowiedzenia się, jest na spotkaniu tak samo mile widziany. Każdego tutaj obdarzy swoją obecnością Pan Bóg, Matka Najświętsza, nasi Aniołowie Stróżowie...

W miare pojawienia się wypowiedzi uczestników kapłan opiekujący się Grupą dzielenia - ks. Marek Bąk będzie w swoich komentarzach nawiązywał do doświadczeń uczestników, aby wskazać na działanie łaski. Komentarze kapłana mają na celu pomóc nam w pracy nad sobą, ukazać znaczenie postaw wdzięczności, pokory i skruchy.

Zmiana fragmentów do dzielenia planowana jest na 15 lipca. Wtedy rozpocznie się kolejne spotkanie Grupy dzielenia.

Fragment lektury do dzielenia

"Wprowadzenie w oczyszczenia wiąże się z zamienieniem w "rozpalone żelazo" coraz to większej liczby naszych oparć. Nasz rozum nie oświecony wiarą będzie dostrzegał w tym jedynie przysłowiowe usuwanie się nam ziemi spod nóg, podczas gdy tak naprawdę będzie to łaska doświadczania ludzkiej bezradności i wprowadzania nas w coraz to większe ciemności wiary.
Kiedy zaś coraz bardziej będziemy przekonywali się, jak złudne są nasze nadzieje pokładane w dobrach tego świata, nawet te, jakie wiążemy zwykle z osobami bardzo nam bliskimi, możemy rzeczywiście zacząć szukać oparcia w Bogu - w Bogu ukrytym za zasłoną wiary, przed czym nasz ludzki rozum tak bardzo się broni. Widząc jak dalecy jesteśmy od całkowitego zdania się na Boga, zrozumiemy, dlaczego nasze ludzkie oparcia muszą stawać się dla nas czymś, co nas rani. (s. 98-99)

Wtedy też może pogłębiać się nasza komunia życia z Maryją. Taka komunia bowiem to najczęściej komunia człowieka poranionego na skutek szukania ludzkich oparć, człowieka, który nie widzi dla siebie innej nadziei poza przychodzącym do nas przez Maryję Bożym miłosierdziem. (s. 99)

Tak więc winniśmy cieszyć się, gdy nasze oparcia zaczynają nas parzyć, bo to będzie skłaniało nas do zawierzenia siebie Bogu.
Dopóki nie będziemy poparzeni własnym złem, nasza modlitwa zawierzenia może być fikcją. Do prawdziwej komunii z Maryją dochodzą najczęściej ci, którzy doświadczywszy goryczy opierania się na ludzkim systemie zabezpieczeń, widzą, że ich życie wewnętrzne na skutek ich duchowej nędzy dogorywa, i którzy w ostatnim geście szukania ratunku zwracają się ku Maryi.
I w takich objawi się chwała Boga - bo On właśnie im będzie mógł okazać przepaść swojego miłosierdzia. (s.100)"

("Zawierzyć się Maryi", Warszawa, 2004)